Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egmont. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Marissa Meyer - Saga księżycowa. Cinder i Scarlet

W futurystycznym Nowym Pekinie panuje zaraza. Mieszkańcy tego miasta nie mogą czuć się bezpieczni, ponieważ choroba rozprzestrzenia się z prędkością światła, a w dalszym ciągu nie został wynaleziony lek, który w jakikolwiek sposób mógłby ją. powstrzymać. Cinder jest członkiem społeczeństwa drugiej kategorii i nie jest w stanie sobie przypomnieć wydarzeń mających miejsce przed zakwalifikowaniem jej do społeczności drugiej i choć posiada ogromną wiedzę na temat urządzeń, które bezpośrednio związane są z elektroniką to i tak nie jest mile widziana przez lepiej usytuowanych mieszkańców swojego miasta. Główna bohaterka robi wszystko, by poznać odebraną jej przez laty wiedzę na temat swojej przeszłości. Jaką rolę w tym wszystkim odegra Książę Kai, który wielokrotnie pojawi się w jej kilkunastoletnim życiu?

"Saga księżycowa. Cinder" to niezwykła powieść, która poniekąd wzorowana jest na uwielbianej przez miliony osób baśni o kopciuszku. Tym razem mamy jednak do czynienia z nieco inną postacią i choć ma wiele do czynienia z doskonale znaną na bohaterką o gołębim sercu, możemy się po niej również spodziewać kilku innych zachowań, które już na zawsze zostaną zakodowanie na mapie naszego umysłu. Cinder jest bowiem osobą nietuzinkową i chyba zgodzą się ze mną wszyscy ci, którzy mieli okazję, by na spokojnie zapoznać się wydarzeniami mającymi miejsce w tej pozycji literackiej. Niemalże na każdym kroku zaskakiwała mnie ona swoją osobowością i choć nie zawsze bywało łatwo, to nie mogę narzekać na momenty w tej książce, które w jakikolwiek sposób mogłabym uznać za definitywnie słabsze od całej reszty i mniej interesujące. Jestem dumna z Merissy Meyer, że udało jej się w pełni wykorzystać potencjał dopracowanego w jej głowie pomysłu. To prawda, że nie zawsze bywało idealnie, jednak w porównaniu do innych autorów, nie bała się przelać na klawiaturę swoich myśli i tak naprawdę postawiła wszystko na jedną kartę. Cieszę się bardzo z tego powodu i wciąż czekam na więcej.

Babcia Scarlet zniknęła bez śladu, a jedynymi urządzeniami, które w jakikolwiek sposób świadczą o jej zniknięciu są tablet i czip naprowadzający. Gdy policja jest już bezradna, a dziewczyna nie ma zielonego pojęcia od czego mogłaby rozpocząć prywatne poszukiwania, w życiu głównej bohaterki pojawia się intrygujący mężczyzna, który oferuje jej swoją pomoc. Razem z Wilkiem wyruszają więc do Paryża i to właśnie w nim mają rozpocząć walkę z czasem. W tym samym czasie Cinder próbuje uciec z więzienia. Przy współpracy z pewnym człowiekiem pragnie odnaleźć pewną kobietę, która jak się później okazuje jest zaginioną babcią Scarlet. Jak dalej potoczą się losy bohaterów tej sagi? Czy bohaterkom uda się ujarzmić swoje emocje i dojść do jakiekolwiek porozumienia?

Muszę przyznać, że obawiałam się nieco tej serii. Co prawda już po kilkudziesięciu przeczytanych stronach "Cinder" wiedziałam, że mam do czynienia z naprawdę przyzwoitą literaturą. Strach mój był raczej związany z pewnego rodzaju oczekiwaniem na to co nieuniknione. Z doświadczenia wiem, że wielu autorów, którzy w mistrzowski sposób rozpoczynali swoją przygodę z tworzonymi przez siebie tekstami, musieli wyrobić normę i w późniejszych publikacjach, nie pokazywali się ze zbyt dobrej strony. Niewątpliwie mogło mieć to również związek z nastawieniem czytelników na brawurową lekturę, która sprawi, że jeszcze przez wiele miesięcy będziemy rozmyślać o poznanych nieco wcześniej wydarzeniach. Nie jest to dobre podejście do pochłanianej przez nas literatury, jednak jestem świadoma tego, że pewnych mechanizmów nie jesteśmy w stanie opanować za żadne skarby świata i nie ma nawet sensu, by tracić siły na coś co z góry zostało już zaplanowane.

W przypadku "Scarlet" zostałam mile zaskoczona i choć nie uważam bym mogła ją zaliczyć do grona literatury wybitnej, to z całą pewnością warto jest poświęcić jej odrobinę swojej uwagi. Mistrzowskim zagraniem okazało się zaczerpnięcie pomysłu z baśni i to chyba właśnie ona sprawiła, że całość utworu czytałam z prawdziwym zainteresowaniem. Marissa Meyer włożyła ogrom serca z napisanie tego cyklu i nie da się ukryć, że widać to już od pierwszych stron tych powieści. To prawda, że ideału brakuje jej jeszcze wiele, jednak już teraz widać w niej potencjał, który odpowiednio pokierowany jest w stanie zdziałać naprawdę wiele. Jestem niemalże pewna, że od tej pory będę pilnie śledzić poczynania tej autorki i już teraz nie mogę się doczekać chwili, w której dane mi będzie poznać kolejne jej publikacje. Dlatego właśnie, chciałabym polecić te utwory osobom, które mają ochotę na zapoznanie się z lekką i zarazem niebanalną literaturą. Oba te elementy znajdziecie powiem na stronach "Sagi księżycowej". Strasznie żałuję, że sama jestem już po lekturze tych powieści, jednak wierzę, że nie tylko ja będę w stanie docenić urok tych pozycji literackich i już niedługo usłyszymy nieco więcej na temat autorki, która posiada ogromną szansę na podbicie tego świata i przy odrobinie szczęścia jej się to uda.
Wydawnictwo Egmont, paździenik 2012 / maj 2013
ISBN: 9788323753056 / 9788323753131
Liczba stron: 440 / 496
Ocena: 7/10 / 7/10

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Julianna Baggott - Nowy Przywódca

Partridge uciekł spod Kopuły, by odnaleźć swoją ukochaną matkę.  W tym celu postanawia dołączyć do grupy Wyrzutków, którzy zostali oszpeceni przez jego ojca, który okazał się odpowiedzialny za Wybuch. Główni bohaterowie zrobią wszystko, by znaleźć składniki potrzebne do stworzenia antidotum, które uchroni ludzi poddanych kodowaniu przed wiążącymi się z nim, skutkami ubocznymi. W tym samym czasie ojciec chłopaka szuka sposoby, by sprowadzić do domu swojego syna. Ma mu on posłużyć do wykonania własnego planu i jest niemalże pewny, że bez większego problemu będzie w stanie tego dokonać. Nadchodzi czas podjęcia ważnych decyzji. Czy bohaterowie postawią wszystko na jedną kartę i uda im się wykonać swój plan? Z jakimi przeciwnościami losu zmierzą się w drodze do osiągnięcia upragnionego celu?

O ile pierwszy tom tej serii mnie zachwycił to tym razem zabrakło mi słów, by w pełni opisać emocje, które towarzyszyły mi bezpośrednio po zakończeniu lektury tej książki. Nigdy bym się nie spodziewała, że spotkam na swojej drodze powieść dla młodzieży, która poprzez swoją treść okaże się o wiele bardziej przerażająca, niż uwielbiane przeze mnie utwory Jacka Ketchuma. Chyba nigdy nie przywyknę do okrucieństw, które ludzie wyrządzają sobie nawzajem. Jak dla mnie są one najlepszym dowodem na to, że nie jesteśmy do końca przystosowani do tworzenia prawdziwego świata i musimy popracować nad swoją życzliwością, tolerancją i dobrocią. Dopiero wtedy będziemy mogli mówić o pełnowartościowym świecie, który w dużej mierze oparty został na dążeniu do poprawy życia każdego z jego mieszkańców.

Julianna Baggott stworzyła powieść, która zostanie przeze mnie zapamiętana na bardzo długie lata. To niesamowite jak ogromny ładunek może posiadać książka i jaki może to mieć wpływ na czytelników, którzy decydują się na spotkanie z jej treścią. Nigdy bym się nie spodziewała, że nie będę w stanie oderwać się od tego utworu i zrobię wszystko co w mojej mocy, by jak najszybciej sięgnąć po kolejną publikację tej autorki. Zdaję sobie sprawę z tego, że w chwili obecnej jest to niemożliwe, jednak już teraz wiem, że gdy nadejdzie ta wiekopomna chwila, udam się do pobliskiej księgarni i dokonam zakupu, który pozwoli mi na spędzenie kolejnych godzin w naprawdę doborowym towarzystwie. W moim odczuciu amerykańska autorka spisała się na medal i strasznie żałuję, że pisane przez nią historię pochłania się w trybie niemalże natychmiastowym. Niewątpliwym plusem tej publikacji są liczne zwroty akcji, które dodatkowo zachęcają nas do zapoznania się z przygodami bohaterów tego utworu.

Jestem bardzo dumna z autorki, która zdecydowała się postawić wszystko na jedną kartę i ukazała swoim odbiorcom minusy świata przyszłości. Nikt z nas tak naprawdę nie wie co może spotkać nas za dziesięć, dwadzieścia, czy też pięćdziesiąt lat. Cieszę się, że Julianna Baggott postawiła wszystko na jedną kartę i oszczędziła nam lukru, który dane nam jest obserwować w większości powieści dla młodzieży. Muszę przyznać, że jest to dla mnie miła odmiana i z tego właśnie powodu, chciałabym polecić "Nowego Przywódce" wszystkim tym, którzy mają ochotę na spotkanie z niebanalną historią, która pozostanie w naszych sercach na bardzo długi czas. Jestem strasznie ciekawa innych opinii na temat tej pozycji literackiej.

Wydawnictwo Egmont, maj 2013
ISBN: 978-83-237-5250-9
Liczba stron: 560
Ocena: 9/10

niedziela, 9 czerwca 2013

Philippa Gregory - Odmieniec

Niemoc czytelnicza jest czymś strasznym i niezwykle zniechęcającym do wielu innych czynności, które dotychczas sprawiały nam ogromną przyjemność. Przez większość maja męczyłam się niesamowicie i choć udawało mi się odnaleźć choć odrobinę motywacji do zapoznania się z jakąkolwiek książką, to znacznie gorzej było już z napisaniem kilku słów na jej temat. Nadszedł jednak czas, by nadrobić wszelkie zaległości, które już dawno powinny zostać przeze mnie całkowicie wyeliminowane, ale z różnych przyczyn zostały odłożone na plan dalszy. 

Luca Vero to utalentowany młodzieniec, który od najmłodszych lat swojego życia przebywa w klasztorze. Miejsce to nie oferuje mu zbyt wielu możliwości, a jego liczne zainteresowania i chęć zdobywania wiedzy sprawia, że nie jest on zbyt dobrze odbierany przez innych. Niespodziewanie jednak Inkwizytor proponuje głównemu bohaterowi służbę w Zakonie Ciemności, który istnieje po to, by ochronić świat przed zniszczeniem. W tym samym czasie władca Lucretili umiera i tym samym skazuje swoją córkę na małżeństwo z mężczyzną, który wywołuje w niej wielką odrazę. Izolda wybiera jednak dożywotnie przebywanie w klasztorze. Jak dalej potoczą się losy tych bohaterów?

"Odmieniec" to książka, która wywołała we mnie wiele emocji. Spodziewałam się po niej czegoś o wiele bardziej oryginalnego i zaskakującego, ale jestem również świadoma tego, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z podobnym utworem i jestem w tego powodu naprawdę zadowolona. Muszę przyznać, że nieco inaczej wyobrażałam sobie literaturę tworzoną przez Philippe Gregory. Do tej pory znałam jej twórczość jedynie z opowieści innych Czytelników i cieszę się, że wreszcie miałam okazję, by na własnej skórze przekonać się o jakości pisanych przez nią utworów. Muszę przyznać, że umiejscowienie akcji tej książki w średniowieczu, okazało się naprawdę fajnym pomysłem, który dodatkowo wpływa na wyobraźnie Moli Książkowych, którzy decydują się na obcowanie ze słowem pisanym. Fajnym posunięciem było również przedstawienie egzystencji ludzi, którzy nie posiadali zbyt wiele, a którym bezustannie towarzyszyły różnego rodzaju lęki. Nie byłam do końca przekonana do ponurego klimatu tej powieści, jednak z biegiem czasu polubiłam go i strasznie żałowałam, że moja przygoda z tym utworem nie może trwać wiecznie. 

Twórczość Philippy Gregory polecam osobom, które lubują się w tego typu tematyce i nie boją się nowych wyzwań. Nie będę ukrywać, że nie każdemu przypadnie on do gustu i znajdą się takie osoby, których gusta znacznie różnią się od tych, które preferowane są przez interesującą nas autorkę. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że "Odmieniec" został napisany przy pomocy całkiem fajnego stylu, który dodatkowo zachęca nas do poznawania perypetii Luca i Izoldy. Na brawa zasługuje również charakterystyka bohaterów i umiejscowienie ich w idealnie pasujących do nich rolach. Dzięki temu nie odczuwa się przepychu, który nie jest mile widziany w tego typu pozycjach literackich i bywa zabójczy dla pisarza, który w głębi duszy pragnie, by tworzone przez niego historie były powszechnie doceniane. Mam nadzieje, że wiele osób podzieli moje zdanie na temat tego utworu i będą miały one ochotę na kontynuowanie swojej przygody z twórczością Philippy Gregory. Ja póki co pasuje i zabieram się za poszukiwanie kolejnych autorów, którzy mile mnie zaskoczą i sprawią, że moja przygoda z czytaniem nigdy się nie skończy.

Wydawnictwo Egmont, maj 2013
ISBN: 978-83-2375-709-2
Liczba stron: 288
Ocena: 6/10

niedziela, 12 maja 2013

Cornelia Funke - Reckless. Nieustraszony

Po udanym spotkaniu z "Kamiennym ciałem" czym prędzej zabrałam się za kontynuowanie serii, która niespodziewanie znalazła sobie stałe miejsce w moim sercu. Wiedziałam już mniej więcej czego mogę się spodziewać po książkach, których autorką jest Cornelia Funke. Nie uchroniło mnie to jednak przed swojego rodzaju tremą i obawami, które towarzyszą mi ilekroć sięgam po jakąś serię. Wielokrotnie okazywały się one nieuzasadnione i śmiałam się z nich w trakcie czytania kilkunastu powieści, które z pewnością mogłabym zaliczyć do tej grupy, ale taka już jestem i nic nie jestem w stanie na to poradzić. Najważniejsze, że się nie poddaje i zapartym tchem sięgam po kolejne publikacje, które cierpliwie na to czekają.

Przed Jakubie Reckless kolejne niebezpieczne zadanie. Tym razem zmuszony on jest do znalezienia antidotum, które uchroni go przed zbliżającą się nieuchronnie śmiercią. Wszystko za sprawą klątwy, która została przez niego rzucona przez Czerwoną Nimfę. Umieściła ona bowiem w sercu chłopaka ćmę, której ugryzienia powodują, że stopniowo zapomina poszczególnych liter imienia. Zaczyna się wyścig z czasem, a jedyną nadzieją głównego bohatera jest odnalezienie legendarnej kuszy, której strzał jest w stanie ożywić zmarłego. Czy Jakubowi uda się osiągnąć upragniony cel? Czy będzie w stanie dotrzeć do broni zanim wejdzie ona w posiadanie osób, którym należy na tym w równie dużym stopniu? Jak dalej potoczą się jego losu? Czy Lisica pomoże swojemu przyjacielowi w walce o przetrwanie?

Całość powieści czyta się naprawdę przyjemnie i muszę przyznać, że aż szkoda mi było się z nią rozstawać Cornelia Funke po raz kolejny uraczyła swoich czytelników podróżą do niezwykłego świata, który pełny jest niebezpiecznych zwrotów akcji i to one nadały tej książce jeszcze większego uroku i znaczenia. Podobnie zresztą jest z wplatanymi przez nią co rusz baśniami, które znane są Molom Książkowych od najmłodszych lat ich życia. Dzięki temu ta pozycja literacka staje się coraz bardziej interesująca i nie ma nawet szans na to, by kiedykolwiek mogłaby się nam ona znudzić. Jestem pełna podziwu dla wyobraźni niemieckiej pisarki i poniekąd jej tego zazdroszczę. Czas spędzony ze stworzoną przez nią powieścią sprawił, że z jeszcze większym sentymentem zaczęłam spoglądać na opowieści, które przed laty były mi czytane przez moich rodziców i już teraz wiem, że jeszcze do nich powrócę. Poniekąd zmieniło się moje nastawienie do nich i wiem, że w chwili obecnej spojrzałabym na nie zupełnie inaczej i być może doszłabym do jeszcze wartościowszych wniosków. Przez chwilę poczułam się tak, jakbym po raz kolejny miała do czynienia z twórczością Riodana i jego sposobem na ukazanie czytelnikom mitologii. Oczywiście te dwa cykle różnią się od siebie diametralnie i nie ma nawet mowy o możliwości porównywania ich do siebie, jednak samo wplatanie do swoich powieści motywów, które są już powszechnie znane, okazało się dla tych pisarzy strzałem w dziesiątkę.

"Nieustraszonego" chciałabym polecić osobom, które do tej pory nie miały jeszcze styczności z książkami tworzonymi przez niemiecką autorką. Jestem pewna, że każdy z nas odnajdzie w tym utworze coś dla siebie.  Mam nadzieję, że przypomni Wam ona opowieści z dzieciństwa i sprawi, że jako dorośli ludzie będziecie do nich wielokrotnie wracać. Dodatkowym plusem tego utworu są również ilustracje, które na potrzeby tej książki zostały naszkicowane przez samą Cornelię Funke. Muszę przyznać, że dość trafnie odzwierciedlają one klimat tej pozycji literackiej i mogłabym je podziwiać bez końca. Jedyne co mi się trochę nie spodobało w tej pozycji literackiej to fakt, że autorka aż za nadto starała się zawrzeć w tym tomie streszczenie tego co zostało przez nią opisane w "Kamiennym ciele". Jak dla mnie było tego nieco za dużo, ponieważ wspomniane wydarzenia były mi doskonale zdane, a mam wrażenie, że przez to wiele osób nie zacznie swojej przygody z tą serią od pierwszej części. Powiem szczerze, że autorka zadbała o to, by nie było to nawet koniecznie, a wielka szkoda. Taki zabieg stanowi również spore ułatwienie dla czytelników, którzy pierwsze swoje spotkanie z "Reckless" odbyli wiele miesięcy temu i przez ten czas ich wyobrażenie o tym dziele pokryła dość obfita warstwa kurzu. Dzięki krótkiemu przypomnieniu tamtej fabuły, nie muszą oni robić tego na własną rękę. Myślę, że każdy z nas powinien wyrobić sobie własne zdanie na temat tej  książki. Osobiście gorąco Wam ją polecam!!!

Wydawnictwo Egmont, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-237-5655-2
Liczba stron: 472
Ocena: 7/10

piątek, 10 maja 2013

Cornelia Funke - Reckless. Kamienne ciało

Na temat twórczości Cornelii Funke słyszałam naprawdę wiele dobrego i już nie mogłam doczekać się chwili, w której dane mi będzie przekonać się o jej fenomenie na własnej skórze. Gdy tylko powróciła mi chęć na czytanie wiedziałam, że kolejną książką, która znajdzie się na mojej tapecie będzie powieść napisana przez niemiecką pisarkę i zarazem twórcę wielu utworów, które cieszą się dość sporym powodzeniem wśród polskich czytelników. Żałuję trochę, że zdobiąca treść okładka, znacznie lepiej prezentuje się na zdjęciach, niż ma to miejsce w otaczającej nas rzeczywistości. Nie jest to jednak najważniejsze i dlatego właśnie mój zapał nie zgasł i czym prędzej zabrałam się za poznawanie historii, która już na samym wstępie zapowiadała się naprawdę fajnie. 

"Kamienne ciało" ukazuje swoim czytelnikom historię Jakuba Recklessa, który jako kilkuletni chłopiec odkrył tajemnice lustra znajdującego się w prywatnym gabinecie jego ojca. To właśnie ono pozwala mu zapomnieć o ogarniającym go zewsząd bólu i stracie. Zwierciadło umożliwia bohaterowi podróże po zupełnie innym świecie i to właśnie ono sprawia, że choć na chwile dane mu jest poczuć się potrzebnym i nieco mniej samotnym. Pewnego dnia do świata baśni trafia również młodszy brat Jakuba, Will. Od tej pory chłopiec będzie musiał zmierzyć się z czasem, który pozostał mu do ocalenia osoby, która znaczyła dla niego naprawdę wiele. Jakie przeciwności losu będą na niego czekały w trakcie niekończącej się walki o życie brata?

Muszę przyznać, że nigdy nie byłam zwolenniczką baśni. W swoim życiu poznałam ich trochę, jednak chyba żadna nie przypadła mi do gustu do tego stopnia, że z czystym sumieniem mogłabym ją polecić osobom, które nie są przekonani do tego typu literatury. Zdaję sobie sprawę z tego, że nikt nie może równać się z geniuszem Andersena, czy też braci Grimm, jednak Cornelia Funke posiada w sobie ogromny potencjał, który sprawia, że nie mamy ochoty na oderwanie się od tej lektury. Zostałam wręcz zauroczona stworzonym przez nią światem i choć czasami wydawało mi się, że niektóre kwestie mogłyby zostać nieco bardziej wytłumaczone, niż miało to miejsce w tej powieści. Nie każdy z nas ma bowiem możliwość szybkiego odnajdowania się w nowych sceneriach, a już na pewno nie tych, które znacznie różnią się od otaczającej nas rzeczywistości. Myślę również, że o wiele przyjemniej jest nam obcować z powieściami, które nie mają przed nami żadnych barier, a mimo to są w stanie nas mile zaskoczyć. Nie mniej jednak pierwszy tom "Reckless" uważam za jak najbardziej udany i cieszę się, że po jego zakończeniu, niemalże od razu mogłam się zagłębić w kontynuacji tego cyklu. Nie mieć go teraz przy sobie byłoby dla mnie ogromną karą i najprawdopodobniej zamknęłabym się w sobie na bardzo długi czas!

Powieść stworzona przez niemiecką pisarkę to nie tylko historia chłopca, który dzięki magicznemu przedmiotowi był w stanie przenieść się do fantastycznego świata. Obcowanie z postaciami rodem z bajek stanowiło dla młodego bohatera swojego rodzaju pogoń w poszukiwaniu własnego ja, które w jego przypadku zostało  mocno zachwiane. Wbrew pozorom podróże wgłąb lustra nie uchroniły Jakuba przed doświadczeniem wielu nieprzyjemnych sytuacji, które zaczęły wpływać na jego postępowanie w niektórych sytuacjach i samą osobowość. Szukanie pomocy dla młodszego brata sprawiło, że Reckless zaczął dorastać,  a dzięki tej książce staliśmy się naocznymi świadkami tego procesu. Mam wrażenie, że także i my jesteśmy w stanie wynieść z tego utworu wskazówki, które są w stanie nam pomóc w naszym życiu. Każdy z nas posiada swoje problemy i choć nie zawsze jesteśmy w potrafimy sobie z nimi poradzić, to ta książka pokazuje nam, że nie należy się poddawać. Musimy nauczyć się walki o własne szczęście, a także o swoją rodzinę, która powinna być dla nas najważniejsza. Zdaję sobie sprawię z tego, że nie zawsze bywa to proste i przyjemne, jednak niejednokrotnie cel uświęca środki i takie podejście winno być dla nas wystarczającą motywacją do niezałamywania się. Dlatego uważam, że "Kamienne ciało" idealnie nadaje się do czytania dla osób, które czują się samotne i pozbawione jakichkolwiek bodźców, które mogłyby stać się dla nich przeszkodą w dążeniu do postawionych sobie wysoko poprzeczek. Cornelia Funke posługuje się naprawdę fajnym style, który dodatkowo motywuje nas do zapoznania się tym utworem. 

Wydawnictwo Egmont, marzec 2012
ISBN: 978-83-237-3566-3
Liczba stron: 350
Ocena: 7/10

czwartek, 9 maja 2013

Julianna Baggott - Nowa Ziemia

Od kilku dni posiadam czytelniczy przestój i ilekroć sięgam po jakąkolwiek książkę, odkładam ją z powrotem na półkę nie przeczytawszy nawet kilkudziesięciu stron. Wieczorny plan zajęć na uczelni nie sprzyja mojemu maniactwu i zrobiłabym naprawdę wiele dla chwili wytchnienia. Wtedy właśnie postanowiłam spróbować swoich sił z twórczością amerykańskiej pisarki, Julianny Baggott. Nie zachęcała mnie ona do siebie swoim wyglądam, zaintrygowana opisem i dość ciekawie zapowiadającą się lekturą, czym prędzej zabrałam się za zapoznawanie się z powieścią o tym, jak przypuszczalnie mógłby wyglądać nasz świat w przyszłości. Owa decyzja okazała się dla mnie strzałem w dziesiątkę i dzięki niej powróciłam do tego co najbardziej lubię.

Mieszkańcy Ziemi stali się świadkami ogromnych zmian, które zniosły za sobą pojawiające się zewsząd eksplozje. Nie dla każdego z ludzi znalazło się bezpieczne miejsce, które mogłoby im umożliwić w miarę normalne życie. Spora część społeczeństwa stała się jednak ofiarami krwiożerczego kataklizmu i od tej pory musieli nauczyć się egzystować niesprzyjających do tego warunkach. Spustoszenie świata sprawiło, że osoby znajdujące się poza Kopulą zostali również pozbawieni urody, która została zastąpiona licznymi znamionami po oparzeniach, a także bliznami, które już nigdy ich nie opuszczą. Czy nastoletniej Pressii uda się spełnić swoje największe marzenie? Czy będzie w stanie zapewnić lepszy byt sobie i swojemu schorowanemu dziadkowi?

"Nowa ziemia" to powieść, która bardzo mile mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się po niej zbyt wiele i starałam się traktować ją z pewnym dystansem. Na polskim rynku wydawniczym pojawia się cała masa podobnych pozycji literackich i obawiałam się, że w końcu trafiłam na trylogię, która nie sprosta moim oczekiwaniom i sprawi, że już nigdy więcej nie sięgnę po powieści utopijne. Na całe szczęście  ten moment jeszcze nie nadszedł i z nieukrywanym podekscytowaniem zabrałam się za kontynuowanie przygody, w której pierwsze skrzypce ogrywała Pressia, a także niezwykły młodzieniec o imieniu Partridge. Niemalże od samego początku podziwiałam ich charaktery i to, że za wszelką cenę starali się zmienić otaczającą ich rzeczywistości. Wielu z nas nie jest w stanie docenić tego co posiadamy i dość często pozwalamy sobie na narzekania, które dotyczą mało istotnych elementów naszej egzystencji. Rzadko kiedy myślimy o ludziach z krajów trzeciego świata, którzy każdego dnia toczą nieustający bój z licznymi przeciwnościami losu. Dla nas może się to wydawać abstrakcyjne, jednak takie właśnie są dzisiejsze realia i dobrze by było o nich pamiętać ilekroć zaczniemy narzekać na brak przedmiotów, które są tylko i wyłącznie naszymi wymysłami, a nie warunkami, które pozwalają nam na przetrwanie w dzisiejszych realiach.

W moim odczuciu Julianna Baggott spisała się rewelacyjnie i cieszę się, że zdecydowałam się na poświęcenie odrobiny czasu na zapoznanie się ze stworzoną przez nią lekturą. Oczywiście zdarzały mi się również chwile zwątpienia i dane mi było zauważyć również jej ciemniejsze strony. Na samym początku przeszkadzał mi język, którym posługuje się amerykańska autorka i miałam wrażenie, że jest on nieco zbyt toporny. W końcu jednak stwierdziłam, że to nie w pisarce i jej stylu tkwił problem, a w moim przemęczeniu, które uniemożliwiało mi skupienie się na czymkolwiek. Ku mojemu zadowoleniu nie trwało to zbyt długo i potem poszło już jak z płatka. Nie mogę się doczekać kontynuacji tego cyklu i już teraz wiem, że zostanie ona przeczytana poza kolejnością. Mam nadzieję, że decyzja ta zaowocuje mile spędzonym wieczorem. Tymczasem chciałabym Was zachęcić do poświecenia odrobiny czasu powieści, która swoim pomysłem przypomina nieco inne trylogie, jednak jest i na swój sposób oryginalna. Obcując z "Nową Ziemią" nie będziecie mieli czasu na nudę i niewątpliwie pozostanie ona z Wami jeszcze na długi czas.

Wydawnictwo Egmont, maj 2012
ISBN: 978-83-237-5242-4
Liczba stron: 472
Ocena: 7/10

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Emily Rodda - Góra grozy

Ostatnimi czasy starałam się ograniczyć czytanie literatury młodzieżowej i choć robiłabym wszystko, by wytrwać w tym postanowieniu, to jestem świadoma tego, że chęć poznania dalszych perypetii Leifa i tak okazałaby się o wiele silniejsza. To właśnie ona popchnęła mnie w ramiona piątego tomu serii "Pas Deltory" i ani trochę nie przeszkadzał jej w tym fakt, że nie zapoznałam się z poprzedzającymi "Górę grozy" powieściami. Muszę przyznać, że ani trochę nie utrudniło mi to spotkania z omawianym w dniu dzisiejszym utworem i spokojnie można je czytać w dowolnej kolejności. Zanim jednak przejdziemy do szczegółowego opisu tej lektury, opowiem Wam o wydarzeniach, które na własnej skórze doświadczyli jej bohaterowie.

Jasmin, Barda i Leif po zdobyciu czwartego kamienia, udają się w kierunku Góry Grozy w poszukiwaniu kolejnego przedmiotu, który przybliży ich do uratowania swojego królestwa. Zadanie to nie jest łatwe, ponieważ na bohaterów czyhają coraz to nowe przeciwności, a oni sami są już na tyle zmęczeni, że nie zawsze są w stanie zapanować nad swoimi myślami. Przyjaciele są jednak świadomi tego, że w swojej wędrówce zaszli zbyt daleko i za żadne skarby świata nie mogą się poddać. Zwłaszcza, że spotykają na swojej drodze pradawne istoty, które pomagają im w przedostaniu się w upragnione miejsce. Czy Leifowi i całej reszcie uda się osiągnąć swój cel? Jakie przeciwności losu dane im będzie spotykać w trakcie swojej wędrówki?

"Góra grozy" to powieść, która nie do końca zdobyła moje serce i przekonała mnie do swojego jestestwa. Mam wrażenie, że autorka poddała się pewnego rodzaju schematowi i to właśnie na nim została oparta konstrukcja całego cyklu. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to dość typowy zabieg podczas tworzenia tego typu literatury, jednak chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję i będę wypowiadać swoje zdanie na ten temat. Rozumiem, że powieści dla młodzież rządzą się nieco innymi prawami i nie powinno się od nich wymagać zbyt wiele, ponieważ zawierają w sobie zupełnie nieco odmienne wartości. Do tego ostatniego pochodzę nieco sceptycznie i choć chciałabym traktować młodzieżówki jako zupełnie inny rodzaj literatury, to nie jestem w stanie tego uczynić. Najwyraźniej wyrosłam z utworów, które bywają do siebie bliźniaczo podobne. W moim odczuciu powinno się tego unikać i nie ważne, czy dana pozycja literacka jest przeznaczona dla dorosłych, nastolatków, czy też kilkuletnich dzieci. O ile dwie ostatnie grupy wiekowe mogą nie zauważyć schematyczności i autorowi ujdzie to płazem, to zawsze znajdzie się osoba, która zauważy ten patent i nie będzie w stanie tego tolerować. Oczywiście nie twierdzę, że Emily Rodda stworzyła beznadziejną historię i nie warto poświęcić jej odrobiny czasu. Autorka miała po prostu warunki, by napisać coś o wiele lepszego, niż ma to miejsce w rzeczywistości. Wielka szkoda, że nie dane jej było wykorzystać swojego potencjału.

Całość utworu chciałabym polecić nieco młodszym czytelnikom. Być może uda im się zauważyć w tej powieści o wiele więcej, niż miało to miejsce w trakcie mojego spotkania z treścią tej książki. Emily Rodda posługuje się całkiem fajnym stylem, a czas spędzony z lekturą tej pozycji literackiej mija tak prędko, że ani się obejrzycie, a będzie ją już mieli za sobą. Żałuję trochę, że Egmont nie zdecydowało się na połączeniu dwóch tomów tego cyklu w jedną całość. Być może wtedy przygoda Moli Książkowych z tą serią okazałaby się jeszcze ciekawsza, a wszelkie jej niedociągnięcia nie byłyby aż tak widoczne? W chwili obecnej akcja książki kończy się o wiele szybciej, niż na dobrze się ona zacznie. To również bywa dla czytelników dość uciążliwe i sprawia, że wystarczy zapoznać się z opisem znajdującym na okładce, by dokładnie wiedzieć z czym ma się do czynienia. Być może w przyszłości zdecyduję się na kontynuowanie przygody z twórczością australijskiej pisarki. Póki co zabieram się za czytanie zupełnie innej literatury i mam nadzieję, że okaże się ona dla mnie nieco bardziej pomyślna. Oczywiście przez innych czytelników "Góra grozy" może zostać odebrana zupełnie inaczej i absolutnie nie ma w tym niczego złego.

Wydawnictwo Egmont, wrzesień 2012
ISBN: 978-83-237-5319-3
Liczba stron: 172
Ocena: 5/10 

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości portalu www.nakanapie.pl

wtorek, 9 kwietnia 2013

Sophia Bennett - Look

Podchodziłam do lektury tej książki dość entuzjastycznie. Spodziewałam się po niej całkiem przyjemnej powieści dla młodzieży i miałam nadzieję, że spędzę w jej towarzystwie niezapomniane chwile. W tym przypadku rzeczywistość okazała się nieco inna i już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, iż nie będę zachwycona ze spotkania z twórczością  Sophii Bennett. Od samego początku czegoś mi w niej brakowało i strasznie żałowałam, że autorka nie dopracowała tego utworu jeszcze bardziej. Wydaje mi się również, że to we mnie może tkwić problem, a fakt, że nie należę do najmłodszych czytelników, wcale mi w tym nie pomaga. Zacznijmy jednak od krótkiego przybliżenia fabuły tej powieści, a dopiero potem przejdziemy do wniosków.

"Look" opowiada swoim czytelnikom historię nastoletniej Ted, która podobnie jak tysiące innych dziewczyn jest zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu. Uważa go za mocno przeciętny i nigdy by się nie spodziewała, że mogłaby zostać przez kogoś zauważona. Pewnego dnia spotyka ona na swojej drodze pewnego mężczyznę, który składa jej kuszącą propozycje. Dziewczyna jest jednak sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia i pozostawia całe zajście daleko w tyle. Wszystko do chwili, w której dowiaduje się o poważnej chorobie swojej siostry. Zrządzenie losu popycha Ted do wypróbowania swoich sił w modelingu, jednak czy jej się to uda? Czy będzie potrafiła odnaleźć się w bezlitosnym świecie mody?

Powieść stworzona przez Sophie Bennett kojarzy mi się trochę z programem "Top Model", który od kilku lat emitowany jest na antenie TVNu. To właśnie dzięki niemu zdecydowałam się na spotkanie z lekturą tej powieści i to właśnie on skłonił mnie do wielu przemyśleń na temat tej profesji. "Look" w dość przystępny sposób ukazuje nam prawa i obowiązki dziewczyn, które decydują się na spełnianie swoich marzeń w modelingu. Tak naprawdę jest to jeden z najtrudniejszych zawodów świata, który wymaga od swoich pracowników wielu wyrzeczeń, a także wzmożonej czujności. Wiąże się ona z ciągłą walką o jak najlepszą pozycję w zespole i pewnego rodzaju względami na które mogą sobie pozwolić tylko niektórzy. Ted doświadczyła tego na własnej skórze i w niektórych momentach było mi jej naprawdę szkoda. Istnieje cień szansy, że gdyby zdecydowała się na ten krok w zupełnie innych okolicznościach, to dużo prościej byłoby jej odnaleźć się w otaczającej ją rzeczywistości. Muszę przyznać, że angielska pisarka dużo bardziej zaimponowała mi podczas opisywania sytuacji, która miała miejsce w rodzinnym domu głównej bohaterki. Cieszę się, że Sophie Bannett zdecydowała się na przedstawienie w swojej publikacji istoty raka, a także problemów z którymi borykają się rodziny osób cierpiących na tego typu chorobę. Walka z nią wymaga od wszystkich wielu wyrzeczeń, a mimo to nie zawsze jesteśmy w stanie z nią wygrać. Myślę, że nikt z nas nie byłby w stanie przejść obojętnie obok tego tematu. Życzyłabym również sobie, aby stał się on swojego rodzaju mapą w wędrówce młodych ludzi ku dorosłości. Podejrzewam, że będą w stanie wykrzesać z tej lekcji naprawdę wiele.

 Osoby starsze uważają nastolatków za niepotrafiące się zachować bękarty, jednak ja widzę w nich spory potencjał i jestem pewna, że odpowiednie przedstawienie niektórych rzeczy sprawi, że będą oni w stanie podejść do niektórych spraw z należytym im spokojem i szacunkiem. Zgodzę się z tym, że autorka włożyła w tworzenie tej powieści ogrom pracy i cały ten proces zajął jej to naprawdę wiele czasu, który mogłaby spożytkować w zupełnie inny sposób. Strasznie żałuję, że angielskiej pisarce nie udało się w pełni zrealizować swojego planu i zabrakło mi w niej elementu, który zachęciłby mnie do ponownego sięgnięcia po ten utwór. Podejrzewam, że ma to spory związek z tym, że czytana przeze mnie powieść została napisana z myślą o nieco młodszych Molach Książkowych. Niewątpliwie jednak "Look" posiada spory potencjał, który po specjalnej obróbce i odpowiednich przemyśleniach sprawi, że Sophie Bennett będzie w stanie zdobywać w stanie przenosić góry. Wielka szkoda, że w tym przypadku skończyło się tak, a nie inaczej. Liczę na to, że jeszcze kiedyś będę miała okazję, aby zapoznać się z inną publikacją tej autorki. Mam nadzieję, że wtedy spotkanie to okaże się o wiele bardziej pomyślne i obie strony będę z tego powodu bardzo zadowolone. Tymczasem chciałabym polecić historię Ted osobom, które lubują się w podobnej tematyce i wiedzą, że wywrze ona na nich pozytywne wrażenie. Całość utwory została napisana przy pomocy młodzieżowego języka, który w zależności od punktu widzenia czytelników, wpłynie na jej korzyść lub całkowicie ją pogrąży.

Wydawnictwo Egmont, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-237-5308-7
Liczba stron: 360
Ocena: 6/10

piątek, 29 marca 2013

Zoe Marriott - Królestwo łabędzi

Do napisania opinii na temat tej książki motywowałam się dwa dni. Za każdym razem byłam niezadowolona ze wstępu, który sprawił, że nie potrafiłam docenić sformułowań, które co rusz pojawiały się w mojej głowie i które równie szybko były z niej eliminowane. Nie zdziwiłabym się, gdyby moje dylematy dotyczyły powieści, która w żadnym stopniu nie przypadłaby mi go gustu, a czas spędzony w jej towarzystwie, uznałabym za w pełni stracony. Podczas obcowania z twórczością Zoe Marriott zostałam mile zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się po niej wciągającej lektury. Na wielu blogach przeczytałam bowiem wiele negatywnych zdań na jej temat i cieszę się, że nie zniechęciły mnie one do osobistego zapoznania się z historią Aleksy.

Aleksandra od najmłodszych lat swojego życia pomagała swojej matce w pielęgnowaniu roślin, które w zamieszkiwanym przez nie Królestwie uchodziły za naprawdę piękne i urodziwe. Godziny spędzone w towarzystwie rodzicielki były dla dziewczyny czymś niezwykle ważnym i z wielką niecierpliwością oczekiwała kolejnych lekcji magii. Pewnego dnia królowa ginie z rąk krwiożerczej bestii i na dworze pojawia się młoda kobieta, którą król postanawia poślubić. Aleksa i jej bracia postanawiają skompromitować Zellę i ujawnić przed poddanymi prawdziwą postać i intencje przyszłej królowej. Zadanie to kończy się dla nich wielkim niepowodzeniem i przez to zmuszeni są do natychmiastowego opuszczenia kraju. Czy głównej bohaterce uda się odnaleźć braci? Jakie przeciwności losu czekają na nią w trakcie miesięcy spędzonych na wygnaniu?

Stosunkowo trudno jest mi oceniać książkę, która diametralnie różni się od pozostałych powieści z tej serii. Spodziewałam się po niej podróży w czasie i kolejnych intryg, które poruszą mnie swoją oryginalnością i wyszukanym smakiem. W tym przypadku "Królestwa łabędzi" obyło się bez tego typu elementów i muszę przyznać, że jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Cieszę się, że Egmont postawił na nieco inną historię, która od samego początku kojarzyła mi się z jedną z najpiękniejszych baśni współczesnego świata. Być może zabrakło w niej zwrotów akcji i spektakularnego zwycięstwa dobra nad złem, jednak jestem pewna, że odzwierciedliła ona wiele innych wartości, które powinny być zauważalne dla przeciętnego czytelnika. Niemalże na każdym kroku utożsamiałam się z główną bohaterką i miałam ogromną nadzieję, że uda jej się poukładać swoje sprawy i pewnego pięknego dnia powróci do swojego Królestwa i wspólnie z braćmi przywróci mu jego prawdziwy blask. Wydawać by się mogło, że Aleksandra będzie wzorcowym typem księżniczki, który znany jest w wielu innych powieści. Wielu autorów przygotowało dla nas kilka takich propozycji, jednak żadna z nich nie może się równać z tym co zrobiła dla nas Zoe Marriott. Aleksie do mojego ideału zabrakło kilku elementów, które bez wątpienia udoskonaliły jej sylwetkę, a mimo to poczułam się zachęcona do poznawania kolejnych dzieł angielskiej autorki.

"Królestwo łabędzi" to piękna opowieść o nastoletniej dziewczynie, która w jednej chwili straciła wszystko to na czym jej naprawdę zależało i co nadawało sens jej dotychczasowemu życiu. Jestem pełna podziwu dla tej bohaterki, że potrafiła odnaleźć w sobie energię do dalszej walki. Myślę, że wiele osób mogłoby jej pozazdrościć tego uporu i dążenia do wyznaczonych przez siebie celów. Spotkanie z lekturą tej powieści stanowiło dla mnie miłą przygodę i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała do czynienia z równie miłym zaskoczeniem, które pozostanie we mnie na długi czas. W moim odczuciu Zoe Marriott spisała się na medal i będę to powtarzać do końca mych dni na tym świecie. Mam świadomość tego, że dla niektórych może się ona wydawać zbyt dziecinna, abyście chcieli poświęcić jej swój cenny czas. Uważam jednak, że powinno się do niej podejść bez zbędnych uprzedzeń, które mogłyby nas w jakikolwiek sposób rozkojarzyć i pozbawić pożądanego w tym przypadku obiektywizmu. Angielska autorka posługuje się przyjemnym stylem i ani trochę nie odczuwa się czasu, który poświęcamy na spotkanie z Aleksą i jej przyjaciółmi. Każdy z nas powinien przekonać się o jakości tego utworu na własnej skórze, ponieważ uważasz, że chociaż tyle mu się należy.

Wydawnictwo Egmont, marzec 2012
ISBN: 978-83-237-5035-2
Liczba stron: 264
Ocena: 7/10

czwartek, 28 marca 2013

Dariusz Rekosz - Pocztówka z Toronto

Muszę przyznać, że spodobała mi się okładka tej książki. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawiera ona w sobie niczego zachwycającego i spokojnie można byłoby ją wymienić na coś naprawdę wyjątkowego, a mimo to nie wyobrażam sobie tej powieści w innej oprawie graficznej. Od wielu już lat doceniam osoby, które w wykonywanej przez siebie pracy stawiają na szeroko pojętą prostotę i smak. Nie dlatego jednak sięgnęłam po lekturę tego utworu. Dużo większą rolę w tym wszystkim odegrał intrygujący opis, który od początku do samego końca, zachęca Moli Książkowych do spędzenia kilku godzin z powieścią napisaną przez Dariusza Rekosza.

Monika po śmierci swojego ojca, zmuszona została do skromnego życia u boku matki, która starała się utrzymać swoją dwuosobową rodzinę. Momentami w ich domu bywało naprawdę ciężko i choć przeciwności losu dwoiły się i troiły, to ani przez chwilę nie pozwalały sobie na to, aby pokazać światu towarzyszące im każdego dnia cierpienie. Pewnego dnia do klasy dziewczyny dołącza nowy uczeń, który przedstawia się wszystkim jako Dominik. Główna bohaterka podchodzi do nowego kolegi z lekkim dystansem i nieukrywaną ciekawością, która sprawia, że z czasem zaczyna być o Mrówkę nieco zazdrosna. Relacje między uczennicami zaostrzają się i z biegiem czasu przestaje się to wydawać czymś nadzwyczajnym. Czy Monice uda się naprawić relacje z przyjaciółką?

Spotkanie z lekturą tej książki sprawiło, że przestałam wierzyć opisom fabuły, które każdorazowo umieszczane są na okładkach wydawanych powieści. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze bywa tak jakbyśmy sobie tego życzyli i nie wszystko musi być wykonane pod linijkę, jednak istnieją jakieś normy, których pod żadnym pozorem nie powinno się przekraczać. Osoby pracujące nad tą pozycją literacką przekroczyli wszystkie granice i mam wrażenie, że nie przeczytali oni ani jednej strony tego utworu. Obawa przed nieświadomym spojlerowaniem hamuje mnie od wskazania Wam błędów, z którymi przyszło mi się zmierzyć w trakcie obcowania z dziełem Dariusza Rekosza. Kilka z nich widać już w poprzednim akapicie tej recenzji i choć starałam się jak mogłam by zachować dystans do twórczości polskiego autora, to z wielkim trudem przyszło mi dotrzeć do ostatnich stron tej powieści. Złożyło się na to wiele czynników i o dziwo żaden z nich nie miał ścisłego związku z jakością i walorami artystycznymi "Pocztówki z Toronto". Chodzi mi tu raczej o pierwsze wrażenie, które wzbudziło we mnie tyle negatywnych emocji, że nie byłam w stanie skupić się na niczym innym. Pierwsze wrażenie bywa dla wielu czytelników czymś niezwykle ważnym i to właśnie ono sprawia, czy polecamy dany utwór innym Molom Książkowym, czy też dajemy sobie z nim spokój.

Brakuje mi słów, którymi mogłabym opisać wrażenia, które towarzyszyły mi w trakcie poznawania historii Moniki. Czas spędzony w towarzystwie tej książki okazał się naprawdę fajnym doświadczeniem. Pozostanie ono we mnie na długi czas i z całą pewnością będę ją polecać swoim młodszym podopiecznym. Od dość dawna nie miałam do czynienia z powieścią dla młodzieży, która ujęłaby mnie swoją prostotą i brakiem manipulacji, która dość często pojawia się w tego typu utworach. Cieszę się, że nie miałam do czynienia z kolejną użalającą się nad sobą bohaterką. Wbrew pozorom Monika była naprawdę silną osobą, która wbrew przeciwnościom losu, starała się czerpać z życia ile się tylko da. Dlatego właśnie jestem wdzięczna p. Dariuszowi za stworzenie naprawdę przyjemnej pozycji literackiej. Mam nadzieję, że w przyszłości dane mi będzie poznać kolejne jego dzieła i tym razem obejdzie się bez nieporozumień, które bez wątpienia wpływają na jej niekorzyść. "Pocztówkę z Toronto" polecam przede wszystkim młodzieży, ale i również wszystkim innym, którzy mają ochotę zapoznać się z historią nastoletniej Moniki. Być może nie będziecie nią w pełni usatysfakcjonowani, ale czas spędzony w jej towarzystwie nie powinien okazać się straconym.

Wydawnictwo Egmont, marzec 2013
ISBN: 978-83-237-5316-2
Liczba stron: 144
Ocena: 6/10

wtorek, 5 marca 2013

S.J. Kincaid - Insygnia. Wojny światów

Tytuł tej książki skojarzył mi się nieco z serią filmów fantastycznych z gatunku space opera. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili byłam tym faktem nieco przerażona, jednak z biegiem czasu, rozsądek wziął górę i doszłam do wniosku, że co ma być to będzie, a nóż widelec zostanę czymś mile zaskoczona. Mój entuzjazm otrzymał wsparcie w postaci pozytywnych opinii na odwiedzanych przeze mnie blogach i wtedy byłam już niemalże pewna, że moje spotkanie z lekturą tej powieści, okaże się dla mnie na naprawdę przyjemne, a być może nawet niezapomniane. Z nastawieniem, rozpoczęłam podróż w nieznane, która okazała się naprawdę przyjemna i nie zapomnę jej do końca swych dni. 

Tom Raines to dość nietypowy człowiek, który jest specjalistą w zwyciężaniu w wirtualnych grach komputerowych. Zajęcie to stanowi dla mężczyzny jedyną rozrywkę w jego na pozór nudnym życiu i zrobiłby niemalże wszystko, aby nie musieć tułać się po kolejnych kasynach z ojcem, który nie dość, że jest uzależniony od hazardu, to w dodatku przegrywa w ten sposób ogromne pieniądze. Z biegiem czasu jego umiejętności zostają dostrzeżone przez ludzi, którzy proponują Tomowi członkostwo w elitarnej akademii wojskowej. To właśnie w niej zaznaje prawdziwego życia i jest kimś więcej, niż nic nieznaczącym człowiekiem, który bywa zupełnie niezauważalny przez swoje otoczenie. Jak dalej potoczą się losy mężczyzny? Jak wiele będzie musiał poświęcić, aby zdobyć upragnione szczyty?

"Insygnia" oczarowała mnie swoim jestestwem już po pierwszych kilkudziesięciu stronach. Spodziewałam się po niej o wiele słabszej powieści, która bardzo szybko mnie znudzi i sprawi, że z wielką chęcią odłożę ją z powrotem na półkę. Tak się jednak nie stało i cieszę się, że udał mi się przemóc. Dzięki temu przekonałam się, że nie należy oceniać książek jedną miarą, ponieważ może okazać się, że przez nieuwagę stracimy szansę na poznanie historii, która ma szanse znaczyć dla nas naprawdę wiele. Wszystko tak naprawdę zależy od kilku czynników i szkoda by było zaprzepaścić szansę, które niesie za sobą poznawanie nowych horyzontów. Bardzo spodobał mi się świat stworzony przez S.J. Kincain i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała szansę obcować z literaturą, która wypłynie spod pióra tej autorki. Być może uda mi się otworzyć swój umysł na nowe możliwości literatury. Być może przyjdzie mi się zmierzyć z licznym przeciwnościami losu, jednak dla odrobiny dobrej zabawy i niezapomnianych emocji, jestem gotowa znieść na wszelkie poświęcenie.

"Insygnia" chciałabym polecić zarówno miłośnikom tego typu literatury, jak i również wszystkim tym, którzy pragną zmierzyć się z nietuzinkową powieścią. Jestem niemalże pewna, że przypadną Wam do gustu perypetie Toma i na swój sposób odnajdziecie w nim bratnią duszę. Jestem pełna podziwu dla amerykańskiej pisarki, że tak wiele pracy włożył w napisanie tej książki, bo to dzięki niej mamy do czynienia z naprawdę genialnym utworem, który podbije serca tysięcy czytelników na całym świecie. Podczas obcowania z lekturą tej książki, nie mamy zbyt wiele czasu na nudę i choć mamy tu również do czynienia z nieco słabszymi wątkami, to w żadnym wypadku nie należy się nimi zbytnio przejmować. S.J.Kincaid stworzyła pełen wachlarz intrygujących postaci, które skutecznie umilają nam czas spędzony z głównym bohaterem tej książki. Zadziwiająca jest również lekkość z jaką amerykańska pisarka, przeprowadził nas przez poszczególne etapy swojego dzieła. Jestem ciekawa, czy następnym razem będzie w stanie mnie czymś zaskoczyć.

Wydawnictwo Egmont, luty 2013

ISBN: 978-83-237-5354-4
Liczba stron: 472
Ocena: 7/10

wtorek, 26 lutego 2013

Damian Dibben - Circus Maximus

Pierwsza część tego cyklu sprawiła, że poczułam wszechogarniającą chęć poznania jej kontynuacji. Damian Dibben przekonał mnie bowiem do swoich pomysłów i sposobu ich przelewania na kartkę papieru. To właśnie dzięki jego kreatywności, przeżyłam wiele intrygujących chwil, które pozostaną w mojej głowie na długie lata. "Strażnikami historii" zainteresował się również mój młodszy Brat, któremu również przypadł do gustu ten cykl i w niedalekiej przyszłości, sięgnie po "Circus Maximus". Na czym polega fenomen tej serii? I co właściwie wydarzyło się w drugim tomie przygód nastoletniego bohatera?

Jake i jego przyjaciele znajdują się w wielkim niebezpieczeństwie. Substancja potrzebna im do podróżowania w czasie, kończy się i niezwłocznie należy ją uzupełnić. W międzyczasie Agata Zeldt planuje podbój legionów rzymskich, który rozpocznie jej dobrą passę w zapanowaniu nad całą starożytnościom. Circus Maximus - legendarny stadion, któremu nie udało się przetrwać - odegrał w tych wydarzeniach ogromną rolę. Czy głównym bohaterom uda się zapanować nad zbliżającą się klęską? Czy przepełniająca jego osobę miłość do Topaz sprawi, że będzie w stanie zachować trzeźwość umysłu? Czy uda mu się ocalić ukochaną?

niedziela, 24 lutego 2013

Caroline Lawrence - Sprawa trzech desperado

Zauroczyła mnie okładka tej książki i jej delikatne powiązane z westernami. Nigdy nie miałam z nimi do czynienia, więc chciałam przekonać się, czy opowiadane w ten sposób historie, przypadną mi do gustu i sprawią, że spędzę miłe chwile w towarzystwie ludzi, którzy mają zupełnie inne podejście do życia i zaspokajania swoich potrzeb. Wiązałam z tym utworem ogromne nadzieję i muszę przyznać, że mimo licznych niedoskonałości, idealnie nadają się ona na niezobowiązujące lekturę dla nieco młodszych czytelników. Zacznijmy jednak od samego początku.

Pinky Pinkerton staje się świadkiem śmierci swoich przybranych rodziców. Matka dwunastolatka wyjaśnia mu, że za wszystkim stoi grupka niebezpiecznych desperado, którzy są w stanie zrobić naprawdę wiele, aby wejść w posiadanie niezwykle wartościowego dokumentu. Zgodnie z radą swoich opiekunów, chłopiec ucieka do Virginia City i od tej pory rozpoczyna się jedna z największych przygód jego życia. Niespodziewanie dowiaduje się również, że ścigający go przestępcy są jednymi z najbardziej niebezpiecznych w całej okolicy i tak naprawdę, żarty się skończyły. Czy głównemu bohaterowi uda się przetrwać? Jakie przeciwności losu czekają na niego w mieście, przed którym przestrzegał go ojciec?

wtorek, 29 stycznia 2013

Emily Rodda - Pas Deltory. Jezioro łez

Wiecie co jest najgorsze w trakcie czytania jakichkolwiek cykli? Im dalej człowiek brnie do przodu, tym zwiększa się jego apetyt na poznanie kolejnych wydarzeń. Problem pojawia się w chwili, w której uświadamiamy sobie, że nie posiadamy przy sobie kolejnych tomów lubianej serii, albo nie została ona jeszcze napisana przez autora. Z dnia na dzień nasza cierpliwość się kończy, a my nie możemy na to nic poradzić. W końcu nadchodzi długo wyczekiwany przez nas dzień i z uśmiechem na ustach, zasiadamy do lektury. Nie bierzemy jednak pod uwagę tego, że i ta książka się kiedyś skończy, a my ponownie znajdziemy się w punkcie wyjścia.

Lief, Barda i Jasmine wyruszają w niebezpieczna podróż do Jeziora Łez, w którym czeka na nich kolejny kamień wchodzący w skład Pasa Deltory. Po drodze zmierzą się jednak z licznymi przeciwnościami losu, które zawdzięczają wiedźmie Thaegan i jej wiernym sojusznikom. Czy przyjaciołom uda się osiągnąć upragniony cel? Czy będą w stanie rozwiązać zagadki, które zostały dla nich przygotowane przez nieznane im dotąd stworzenia? Czy w trakcie swojej wędrówki spotkają na swojej drodze sprzymierzeńców? Czy ich wrodzone umiejętności okażą się wystarczającymi w  walce o przetrwanie? Jeśli macie ochotę poznać odpowiedzi na te pytania, gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po lekturę tej powieści.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Emily Rodda - Pas Deltory. Puszcze milczenia

Od dość dawna nie miałam do czynienia z utworem, który sam z siebie skłoniłby mnie do sięgnięcia po jego lekturę. Mam tu oczywiście na myśli powieści fantastyczne, które zazwyczaj pozostają mi zupełnie obojętne. Taki stan rzeczy utrzymuje się już od kilkunastu lat i jak na razie nie zapowiada się na jakiekolwiek zmiany. Wyjątek stanowią chwile, w których odczuwam chęć odkrywania nowych horyzontów i bez oporu chwytam po kolejne historie, które z całą pewnością moglibyśmy zaliczyć do tego gatunku. Takim właśnie sposobem trafiłam na cykl "Pas Deltory", którego autorką jest ceniona australijska pisarka, Emily Rodda.

Deltora znalazła się pod panowaniem okrutnego Władcy Mroku. Na nic zdały się ostrzeżenia Jarreda, który przeczytawszy historię swojego państwa, domyślił się, że nienoszenie pasa przez kolejnych królów, działało na szkodę wszystkich poddanych. Dobre rady mężczyzny nie zostały jednak wysłuchane i zmuszony on został do opuszczenia dworu, w którym przebywał od najmłodszych lat swojego życia. Kilka lat później powraca do pałacu, aby wesprzeć w potrzebie swojego dawnego przyjaciela. Ma miejscu okazuje się, że wcześniejsze przypuszczenia Jarreda były słuszne. Zmieniające się na przestrzeni lat prawo, miało służyć siłom ciemności do osłabienia władzy w całej Deltory i w efekcie udało im się wykraść legendarny Pas, który od czasów Adina stanowił o niekończącej się sile noszącego go króla. Czy przyjaciołom Endona uda się odzyskać przynależącego do zaginionego przedmiotu kamienie? Jakie przeciwności losu czekają na Lieffa i towarzyszących mu ludzi? Czy uda im się uratować Deltorę przed całkowitą zagładą?

czwartek, 24 stycznia 2013

Stosik 02/2013

Aby zatuszować nieco mniej entuzjastyczny wydźwięk dzisiejszego dnia, którym było uniemożliwienie komentowania tego bloga osobom anonimowym, postanowiłam przedstawić Wam stosik, który pojawił się na moich półkach w ciągu ostatnich kilku dni. Na swój sposób jestem z niego dumna i mam nadzieję, że uda mi się go pochłonąć w trakcie zbliżających się wielkimi krokami, ferii. Na samą myśl o tym nic nierobieniu - cieszy mi się micha!



Wybaczcie, ale tym razem nie opiszę tego stosiku. Jestem w trakcie pisania pracy zaliczeniowej i nie mam do tego natchnienia. Myślę, że po powiększeniu zdjęcia, dokładnie wszystko widać. "Drugi przekręt Natalii" mam już za sobą, "Przez burzę ognia" została mi sama końcówka i recenzja pojawi się w weekend. Dwa pierwsze tomy "Pas Deltory" zabieram jutro na uczelnie i zapewne zostaną przeze mnie przeczytane w trakcie trzygodzinnych zajęć. W następnej kolejności kości mnie "Cyrk nocy", ale zdaję sobie sprawę, że czekają na mnie również książki z poprzedniego stosiku. Będzie trudny wybór. A jak wyglądają Wasze czytelnicze plany na zbliżający się weekend?

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Stosik 01/2013

Czy jest na tej sali osoba, która napisałaby na mnie rozdział teoretyczny pracy licencjackiej? Za mną już prawie 5 stron, a kolejnych 15 czeka na swoją kolej. W dniu dzisiejszym obiecałam sobie napisać co nieco o kształtowaniu się mowy dziecka, więc mam nadzieję, że będziecie trzymali za mnie kciuki. W weekend przysiąde trochę do testów z części teoretycznej na egzamin prawa jazdy i może jakoś to będzie. Tymczasem, chciałabym Wam przedstawić mój najnowszy stosik:



Dopiero teraz zauważylam, że jest on stricke młodzieżowy i tak od góry widzimy:

"Freak City" Kathrin Schrocke
"Ostatnia spowiedź" Nina Richter
"Dotyk Gwen Frost" Jennider Estep
"Gorączka 1" Dee Shulman
"Oksa Pollock. Serce dwóch światów" A. Plichota, Cendrine Wolf
"Niewierni" Vincent V. Severski
"Andaluzyjski przyjaciel" Alexander Soderberg
"Winter" Asia Greenhorn


Muszę przyznać, że większość tego stosiku przybyła do mnie jeszcze w starym roku, jednak zupełnie o nich zapomniałam. Choroba dała mi się we znaki i jak widać - zrobiła swoje. Tymczasem uciekam robić swoje, bo inaczej będę musiała zarwać kolejną nockę. Znaleźliście tu coś dla siebie?

niedziela, 2 grudnia 2012

Eva Voller - Magiczna gondola

Nienawidzę uczucia, które nie pozwala mi na złożenie w całość chociażby kilku zdań. Tego typu sytuacje zdarzają się coraz częściej i muszę przyznać, że mam ich serdecznie dosyć. Bardzo chciałabym przysiąść do pisania opinii na temat książek bez zakłóceń, które niezwykle skutecznie wybijają mnie z wypracowanego na przestrzeni lat, rytmu. Omawiana w dniu dzisiejszym pozycja literacka również sprawiła mi takiego psikusa, a ponadto mile mnie zaskoczyła i sprawiła, że spędziłam długie godziny w towarzystwie ludzi, którzy wywołali we mnie wiele emocji, które niewątpliwie miały wpływ na odbiór tej lektury.

"Magiczna gondola" opowiada czytelnikom historię siedemnastoletniej Anny, która zdecydowała się spędzić swoje wakacje w słonecznej Wenecji. To właśnie ona skłoniła nastolatkę do spędzenia kilku tygodni z rodzicami, którzy nie należeli w tej kwestii do najlepszych towarzyszy. Dziewczyna nigdy by się nie spodziewała, że niezbyt atrakcyjny pobyt za granicą przerodzi się w niezwykłą przygodę, która raz na zawsze odmieni jej dotychczasowe życie. Jakim cudem znalazła się w Wenecji czerwona gondola? Jakie tajemnice kryje ona przed ludźmi, którym dane jest wsiąść na jej pokład? Czy Annie uda się odnaleźć w nowej rzeczywistości?

wtorek, 13 listopada 2012

Kerstin Gier - Zieleń Szmaragdu

Jeszcze nie tak dawno zagłębiałam się w "Czerwieni Rubinu", a dosłownie przed chwilą zakończyłam swoje spotkanie z ostatnim tomem "Trylogii Czasu". Muszę przyznać, że stosunkowo ciężko wyszło mi pożegnanie z Gwendolyn, Gideonem i całą resztą wesołej ferajny. Czas spędzony w ich towarzystwie mogę uznać za w pełni udany i wielka szkoda, że niemiecka autorka nie pomyślała o wymyśleniu dla swoich bohaterów kolejnych przygód. Zacznijmy jednak od samego początku tych rozważań.

Gwen nie jest w stanie poradzić sobie ze zniewagą jakiej doświadczyła ze strony ukochanego. W dalszym ciągu nie może uwierzyć w kłamstwa, którymi raczył ją od samego początku ich znajomości. Mniej więcej w tym samym czasie, główna bohaterka zaczyna odkrywać prawdę, która ma ścisły związek z chronografem, podróżnikami w czasie, a także hrabią de Saint Germain. Główna bohaterka ma coraz większą ochotę zaczerpnąć rady w tej kwestii u Lucy i Paula, którzy zmuszeni są do życia ciągłym w ukryciu. Nie przeszkadza im to jednak w prowadzeniu działań, których zadaniem jest obrona kamienia filozoficznego. Czy głównym bohaterom uda się przeciwstawić swoim wrogom? Czy odkrycie prawdy pomoże Gideonowi w podjęciu słusznej decyzji? Czy nastolatka odkryje prawdę na temat swojego pochodzenia? Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim niejaki Rafael?

wtorek, 30 października 2012

Kerstin Gier - Błękit Szafiru

Dawno nie czytałam tak rewelacyjnej książki. Zarwałam dla niej połowę nocy, a już niebawem zabieram się za jej kontynuację. Jak dobrze, że poniedziałek jest dniem wolnym od zajęć i będę mogła odespać czas, który tak aktywnie spędziłam w towarzystwie Gwendolyn i jej przyjaciół. Muszę przyznać, ze dość dawno nie miałam do czynienia z powieścią, która w tak sugestywny sposób wpłynęłaby na mój stosunek do otaczającego mnie świata. Doszłam do wniosku, że niektórzy ludzie bywają strasznie zawistni i nie interesują ich uczucia innych. Chciwość i niesprawiedliwość są bowiem w cenie, więc albo będziemy z tym walczyć, albo zamilkniemy na wiek wieków...

"Błękit Szafiru" to kontynuacja bestsellerowej powieści pt.: "Czerwień Rubinu", która rozkochała w sobie serca milionów czytelników. Gwendolyn w dalszym ciągu nie może się przyzwyczaić do funkcji, którą przyszło jej sprawować dzięki swoim magicznym zdolnościom. Osoby zamieszane w pomoc hrabiemu de Saint Germain, wydają się być dumni z misji jaką przyszło im przeprowadzić i mają nadzieję na rychłe jej zakończenie. W tym celu pragną również schwytać Lucy i Paula, którzy kilkanaście lat wcześniej uwolnili się spod wpływu swoich rodzin i zbiegli z miejsca zdarzenia wraz z chronografem. Od tego czasu uważani są oni za zdrajców, którzy nie chcą dopuścić do tego, aby krew wszystkich podróżników została zgromadzona w jednym miejscu. Czy Gwendolyn i jej przyjaciołom uda się poznać prawdę? Jakie stosunki łączą ją z przystojnym Gideonem? Jak potoczą się ich losy?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy