Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

Agnieszka Lingas-Łoniewska - W szpilkackach od Manolo

Agnieszka Lingas-Łoniewska niewątpliwie należy do grona polskich autorek, które swojego czasu rozkochały mnie w sobie do granic swoich możliwości. Do tej pory zdarza mi się drżeć na samo wspomnienie powieści takich jak: "Bez przebaczenia", "Zakrętów losu", czy też "Szóstego", bo choć od momentu przeczytania ich przeze mnie minęło już co najmniej kilka lat, nie sądzę, by pisarce kiedykolwiek udało się pobić ich fenomen. Przekonałam się o tym już w chwili, gdy pełna oczekiwania sięgałam po coraz to nowsze powieści autorki i nagle okazywało się, że pomimo jej najszczerszych chęci i wielu godzin spędzonych przy komputerze, Agnieszce Lingas-Łoniewskiej nie udało się utrzymać wysokiego poziomu, a chciałoby się nawet powiedzieć, że spadł on o co najmniej kilka stopni.

"W szpilkach od Malonolo" opowiada czytelnikom historię trzydziestopięcioletniej Liliany, ponad wszystko inne ubóstwiającej koty, niebotycznie wysokie szpilki, a także swoje ukochane auto. Do szczęścia tak naprawdę brakuje jej już tylko przystojnego mężczyzny i odrobiny odpoczynku od wymagającej pracy w korporacji, będącej niczym innym jak podkręconym do maksimum wyścigiem szczurów. Kobieta nigdy by się więc nie spodziewała, że jej życie już wkrótce zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, a całość tej przygody rozpocznie się na służbowym parkingu. Prowodyrem zamieszania okaże się jak zwykle wyglądający niczym młody bóg osobnik płci męskiej i nie obędzie się bez wielkiej irytacji bohaterki jego osobą, która w trakcie przerodzi się w naprawdę namiętną i szaloną miłość do grobowej deski...

Po lekturze tej powieści nie oczekiwałam niczego szczególnego. Pragnęłam jedynie spędzić miło czas w towarzystwie lekkiej i niezobowiązującej historii. Nie musiała ona wcale poruszać tematyki ambitnej, byłabym usatysfakcjonowana z przyzwoicie napisanego romansu. Tymczasem schemat gonił schemat i na dobrą sprawę mogłabym tej powieści nie czytać, bo każdy szanujący się czytelnik byłby w stanie przewidzieć większość następujących po sobie wydarzeń. Banalne w niej było totalnie wszystko: począwszy od nadopiekuńczej mamusi i zwariowanych przyjaciółeczek, a skończywszy na przyjacielu homoseksualiście, który pojawia się w większości tego typu pozycjach wydawniczych. Jestem wściekła na autorkę, że zdecydowała oddać się do druku taką miernotę, choć pewnie sama pisarka zdawała sobie sprawę z tego, iż stać ją było na o wiele więcej. Od kilku dni staram się znaleźć pozytywne cechy, którymi mogłabym opisać tę książkę, jednak żaden sensowny nie przychodzi mi do głowy. No może oprócz tego, że całość tej historii czytało się niezwykle szybko, więc nie miałam okazji, by rozwodzić się nad poszczególnymi wątkami i tym samym nie dane mi było odnaleźć kolejnych minusów. 

"W szpilkach od Manolo" najchętniej nie polecałabym nikomu, ponieważ nie mam w zwyczaju życzyć komuś tego co mi samej do gustu nie przypadło. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że Agnieszka Lingas-Łoniewska posiada rzeszę wiernych fanów i im ta pozycja z całą pewnością się spodoba. Osobiście nie żałuję czasu, który poświęciłam na zapoznanie się z tą pozycją literacką, jednak w chwili obecnej już wiem, że powinnam podchodzić do twórczości tej autorki z dużym dystansem. Intrygujący wydaje się być również fakt, że każdy pisarz, z każdą kolejną napisaną książką, powinien się coraz bardziej rozwijać, a w tym przypadku mam nieodparte wrażenie, że jest zupełnie na odwrót. Na dniach postaram się opublikować opinię na temat pierwszego tomu "Łatwopalnych" i przekonacie się, że niski poziom historii Liliany nie jest odosobnionym przypadkiem. W wolnej chwili postaram się również nadrobić zaległości czytelnicze i sięgnąć po dalsze tomy "Łatwopalnych", ale i również "Szukaj mnie wśród lawendy". Mam nadzieję, że okażą się one o wiele lepsze pod względem jakości i będę miała do czynienia z dużą ilością mieszaniny różnych uczuć. Tymczasem wracam do swoich obowiązków...

Moja ocena: 3/10

poniedziałek, 4 maja 2015

Katarzyna Michalak - Nie oddam dzieci

Niedzielne popołudnie przeznaczyłam na spotkanie z najnowszą powieścią Katarzyny Michalak, która w bardzo krótkim czasie wspięła się na szczyty listy bestsellerów i zaczęła zdobywać pozytywne opinie wśród tysięcy czytelniczek w całym kraju. Nie mogłam więc przejść obok niej obojętnie, tym bardziej, że w między czasie dotarłam również do tekstu opisującego poruszaną w tej lekturze tematykę i byłam święcie przekonana, iż bez żadnego "ale" przypadnie mi ona do gustu. Ułożyłam się więc wygodnie na łóżku, obok siebie postawiałam karton ulubionego soku, a następnie wzięłam w swoje ręce długo wyczekiwaną książkę i ku swojemu ogólnemu przerażeniu już po pierwszych przeczytanych stronach poczułam się skrajnie zirytowana. 

Michał Sokołowski to młody i zarazem utalentowany chirurg, całkowicie oddany swojej pracy i niemalże zupełnie ignorujący własną rodzinę, która od kilkunastu ładnych lat nie może doprosić się o choćby odrobinę uwagi z jego strony. Nie widzi on niczego złego w przejawianym przez siebie zachowaniu i choć codziennie przeprasza żonę za to, że każdego dnia zmuszona jest do samodzielnego prowadzenia domu i opieki nad trójką (a wkrótce już czwórką) pociech. Marta Sokołowska zaczyna powoli wątpić w sens swojego małżeństwa z cenionym w środowisku lekarskim, mężem. Kocha go jednak miłością tak wielką i czystą, że raz po raz wybacza mu jego niedoskonałości. W dniu trzecich urodzin Antosia, kobieta zawozi swojego najmłodszego syna do szpitala, by zapracowany ojciec mógł mu złożyć życzenia. Nikt by się jednak nie spodziewał, że wieczór ten zakończy się aż tak wielką tragedią, a obwiniać się o nią będzie cały sztab ludzi bezpośrednio i pośrednio związanych z całą tą sprawą. Jakie przeciwności losu będą czekały na Michała Sokołowskiego? Czy uda mu się dojść do siebie po tej nieoczekiwanej stracie i wyciągnie wnioski ze swojego postępowania?

Muszę przyznać, że Katarzyna Michalak miała bardzo fajny pomysł na napisanie tej powieści i gdyby zrobiła to porządnie, "Nie oddam dzieci" stałoby się moją ulubioną książką, której autorką byłaby nasza rodzima pisarka. Tymczasem już od pierwszych stron zauważyłam, że Kejt Em nieco poniosło i zamiast naprawdę fajnej pozycji literackiej, mamy do czynienia z marnej jakości kiczem. Szczerze mówiąc wolałabym nie pamiętać faktu, że kiedykolwiek miałam do czynienia z tą historią i to jeszcze w tak beznadziejnej formie! Chyba po raz pierwszy w swojej blogowej karierze, wzięłam w dłoń długopis i wszystkie te absurdalne momenty zaznaczałam, by nie zapomnieć ich wypunktować. Zacznijmy może od stworzonych przez autorkę bohaterów, którzy w moim mniemaniu zostali aż do bólu przerysowani. Nie chodzi mi oczywiście o to, że na świecie nie istnieją pracoholicy, narkomanii, czy też lubujący się w przemocy psychopaci, ponieważ tacy ludzie rzeczywiście żyją wśród nas i dopóki nie stanie się jakaś większa tragedia, nie ma chętnych do tego, by zrobić z nimi jakikolwiek porządek. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że Katarzyna Michalak wydaje się nie znać granicy między realizmem opisywanej sytuacji, a swoją wybujałą wyobraźnią, która w moim odczuciu niszczy wszystko co danej pozycji mogłoby znaleźć się na naprawdę wysokim poziomie. Tadeusz i Alfred stali się tak skrajnie zbezczeszczonymi bohaterami, których zachowanie ani przez chwilę mnie nie przeraziło, a co najwyżej rozśmieszyło. Czytanie o ich poczynaniach mogłabym porównać do nieudolnych prób zwrócenia na siebie uwagi uczniów przez nauczyciela matematyki - uda mu się to tylko w nielicznych przypadkach. Nie rozumiem w ogóle, dlaczego ludzie biorą się za coś o czym nie mają zielonego pojęcia. Jeśli ktoś decyduje się pisać o wyjątkowo bestialskich wydarzeniach to niech to zrobi odpowiednim do tego językiem, a nie próbuje udawać kogoś kim w ogóle nie jest. Rzadko decyduje się na umieszczanie cytatów w swoich powieściach, jednak czego nie robi się dla pisarki chlubiącej się tym, że z nie wiadomo jakich powodów, trafiają one na czołowe miejsca list bestsellerów i przez bardzo długi czas, nikt nie jest wstanie ich stamtąd zepchnąć.

"Wyglądała na jakieś piętnaście lat, uśmiech miała tak niewinny, że niemalże dziewiczy, ale spod kurtki wystawał rąbek kusej sukienki, a z dekoltu wyrywała się na wolność para okrągłych piersi. Tadek zerknął w rowek między nimi i poczuł, że jest gotów. Gdyby dziewczyna usiadła na miejscu pasażera, bez wahania wyciągnąłby fiuta i zmusił ją, by wzięła go do ust"[1].

Muszę przyznać, że przytoczony wyżej fragment powieści, prezentuje się całkiem przyzwoicie w porównaniu do innych kwiatków, które w możemy w niej znaleźć. Niejednokrotnie poraził mnie brak empatii autorki w stosunku do opisywanych przez nią wydarzeń. Rozumiem, że w tego typu przypadkach należy się wczuć w określoną sytuację, by w jak najbardziej produktywny sposób przelać swoje myśli na papier jednak, czy trzeba robić to w tak prostacki i niczego niewnoszący sposób? Zapewne Katarzyna Michalak obrała sobie za główny cel wzbudzenie w czytelnikach wielkich emocji, w końcu sama pisarka zapłaciła spora cenę za wyprodukowanie historii Michała, szkoda tylko, że nie była ona w stanie ochronić tej pozycji literackiej przed swoją zgubną wyobraźnią. Zresztą, bohaterowie to nie tylko Alfred Niro i Tadeusz Marszak, ale i również sztab wielu innych osób, które mimowolnie pojawiały się na poszczególnych kartach "Nie oddam dzieci". Na temat każdej z nich mogłabym napisać kilkustronicowy referat, bo prócz sierżanta Jacka Drozda, którego postać została przedstawiona w miarę realnie, wszystkie inne są doskonałym dowodem na to, że Kejt Em powinna wyjść nieco do ludzi i poznać ich zachowania, aniżeli wklepywać w komputer coś co jako całość nie posiada nawet racji bytu. Weźmy chociaż pod uwagę postać policjanta, który dziwnym trafem na służbie był sam i jakoś w żadnym momencie tej powieści nie zostało powiedziane, że pełni on służbę w towarzystwie swojego partnera, a tak to chyba powinno wyglądać w rzeczywistości.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Katarzyna Michalak z wydarzeń, które zasługiwały na choćby odrobinę szacunku, urządziła wielki kicz. Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne wspominałam już o tym we wcześniejszych fragmentach swojej opinii, ale w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć: jak tak w ogóle można? Pierwsze miejsce w tej kategorii należą się bez wątpienia scenie, w której Michał Sokołowski informuje swoje dzieci, rodziców i teściów o tragicznym wypadku. Byłam przygotowana na skrajnie różne reakcje poszczególnych bohaterów, ponieważ w fazie szoku człowiek ucieka się do najrozmaitszych zachowań i w żadnym wypadku nie jest w stanie ich kontrolować, jednak autorka nie wytrzymała i jej podświadomość musiała wtrącić swoje trzy grosze do opisu tych chwil. Nie jestem w stanie ubrać tego w odpowiednie słowa, bo ten cyrk należałoby po prostu zobaczyć. Zadziwiające jest również to, że niemalże w jednej chwili bliscy odwracają się od Michała Sokołowskiego i zamiast wspierać go w trudnych dla niego chwilach, obie ze stron szykują się do frontalnego ataku, który będzie miał na celu odebranie głównemu bohaterowi trzynastoletnią Maję, sześcioletniego Zbynia oraz dopiero co narodzonego Stasia. Jakim prawem autorka z ich tragedii uczyniła niskiej jakości sensację, która w ogóle nie powinna była ujrzeć światła dziennego.

"Zabrać ich do siebie, miejsca w wilii na Mokotowie jest dosyć, i zajmować się nimi dotąd, aż Michał, jej syn, stanie się dawnym sobą, spokojnym, zrównoważonym człowiekiem, przejdzie terapię, wróci do domu i będzie mógł opiekować się dziećmi. Ale... dwoje dzieci w ich domu... Przecież ona, Maria, ze swoim reumatyzmem i kłopotami ze wzrokiem nie poradzi sobie z opieką nad sześcioletnim Zbyniem i trzynastoletnią Mają! O niemowlęciu jakoś wszyscy zapomnieli (...) Maria podjęła decyzję. Obok chmurnie milczał mąż. Nawet nie zająknął się, by to oni mogli wziąć wnuki do siebie. Wahał się jedynie, czy dać szansę synowi..."[2].

Czy tego rodzaju kipisz miałby rację bytu w realnym życiu? Fragmentarycznie być może i tak, ale na pewno nie jako spójna całość i ale to i tak po wcześniejszym przeredagowaniu wszystkich opisów i dialogów. Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie wskazać choćby kilku fragmentów przemawiających na korzyść "Nie oddam dzieci", ponieważ fakt, że utwór ten czyta się naprawdę lekko i sprawnie, dla nikogo nie jest już żadną nowością. Zadziwiające wydaje się również to, że z pomocą Michałowi ruszyli zupełnie obcy ludzie, a rodzina w bardzo krótkim czasie wypięła się na niego i o mało nie doprowadziła do jeszcze większej tragedii. Wątpię by jacykolwiek szanujący się rodzice, odwrócili się od swojego dziecka. To już polityk Niro bardziej się postarał, choć tym kierowały zupełnie inne pobudki. Śmiechu warte wydają się również wszystkie te przemyślenia, w których poszczególne postacie oskarżają się o śmierć Marty Sokołowskiej i bynajmniej nie chodzi mi o samo odczuwanie przez nich poczucia winy, a o podkreślanie tego niemalże na każdym kroku. Podobny zabieg stosuje ona również w odniesieniu do innych wątków tej historii (m.in ciągle powtarzanie faktu, że "gnidy" żyją, a biedna Martusia i Antoś nie). Takim sposobem autorka nie wzbudzi w swoich czytelnikach jeszcze większego współczucia dla zmarłej i jej najbliższych, a wzbudzi w nich jeszcze większy gniew i chęć wyrzucenia tej powieści do kosza. 

"Michał, Tadek i Alfred... Losy tych trzech tak różnych mężczyzn już niedługo splotą się nieodwracalnie. Jeden ocali ludzkie życie. Drugi zabije dwie niewinne istoty. Trzeci zawiśnie w więziennej celi. A bezprawiu i niesprawiedliwości jak zwykle stanie się zadość"[3].

Niewątpliwie mamy do czynienia z jedną z najsłabszych książek stworzonych przez Katarzynę Michalak, choć od wczoraj zastanawiam się, czy ten tekst aby na pewno zasługuje na to, by nazywać go mianem powieści. W tym miejscu należałoby również wspomnieć o sztywnych opisach, które momentami sprawiały, że czułam się tak jakbym czytała tę pozycję literacką podczas niezbyt udanych wakacji na Grenlandii - szczękościsk murowany i bynajmniej nie z powodu gromadzących się w organizmie czytelnika emocji i uczuć. Na potępienie zasługują również wszelkie wstawki autorki, które mają miejsce bezpośrednio przed przeniesieniem akcji od jednego bohatera to drugiego. Czy Kejt Em nie widzi, jak bardzo te elementy wpływają na niekorzyść tej powieści? Czy tak trudno było jej poczekać, aż czytelnicy sami poznają dalszy ciąg wydarzeń, że musiała uciekać się do umieszczania w niej samonośnych spolejrów? Tego typu fragmentów podczas czytania zaznaczyłam chyba najwięcej i wydawały mi się być do duszy.


"Gdy za sześć minut dostanie wezwanie do wypadku i zobaczy, że to samo bmw, które własnie przepuścił zabiło kobietę z dzieckiem..."[4].

Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo jestem wściekła na autorkę, że w ten sposób podeszła do obranego przez siebie tematu. Pomysł sam w sobie wydaje się być naprawdę trafiony, ale wydaje mi się, że jeśli człowiek nie potrafi podejść do niego w odpowiedni sposób to nie powinien w ogóle się za niego zabierać. Zdaję sobie sprawę z tego, że Katarzyna Michalak uważa się za nadzwyczaj ambitną osobę, ale może przyszedł czas, by realnie oceniła swoje szansę i nieco odpuściła, bo być może to jej chciejstwo przyczynia się do tych wszystkich literackich tragedii. Strasznie żałuję, że problematyka ta nie została poruszona przez kilku innych pisarzy, bo jestem pewna, że wtedy można byłoby charakteryzować "Nie oddam dzieci" jako dramatyczną, wstrząsającą i do bólu prawdziwą. W chwili obecnej mamy raczej do czynienia z czarnym humorem w czystej postaci i ciemno można byłoby stwierdzić kto jest twórcą. Nie da się ukryć, że w podobnym tonie nagrywane są przez pisarkę filmiki na jej autorski vlog i już raczej nic nie będziemy w stanie na to poradzić, jeśli ona sama nie zechce czegoś zmienić. Głupio mi tylko, że zostałam postawiona w sytuacji, w której zmuszona jestem postawić niską notę lekturze, która w samym zamyśle na to w ogóle nie zasługuje. Nikt jednak nie mówił, że życie jest sprawiedliwe...


Moja ocena: 2/10

sobota, 2 maja 2015

Katarzyna Michalak - W imię miłości

Książki Katarzyny Michalak można kochać lub nienawidzić i bynajmniej nie ma to żadnego związku z poruszaną przez autorkę tematyką. Chodzi tu raczej o nadzwyczajne szybkie tempo pracy autorki, która niewątpliwie odbija się na jakości wydawanych przez nią dzieł, choć bez wątpienia znajdą się osoby uważające, że wcale tak nie jest. Wydaję mi się, iż tak naprawdę punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nigdy nie oceniam gustów czytelniczych innych Moli Książkowych, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że każdy z nas jest inny i potrzebuje do szczęścia czegoś innego, jednak nie oszukujmy się, istnieją również takie osoby, które podświadomie będą wychwalać danego autora ze względu na utrzymywany z nim kontakt. 

Wieloletnie doświadczenie udowodniło mi, że w sumie to jest jedyny sposób, by taka znajomość trwała. Wystarczy jedna negatywna opinia, a niektórzy z polskich autorów potrafią obrazić się do tego stopnia, że nie zwracają nawet uwagi na to, że obrabiają tyłek danemu blogerowi z jego bardzo dobrym znajomym. Inni jeszcze grupa pisarzy ma w naturze błyskawiczne usunięcie nieschlebiających im czytelników ze wszystkich możliwych komunikatorów, a co poniektórzy nawet roszczą sobie prawo do tego, by wybierać blogerom strona, na które mogą oni wchodzić, a które czym prędzej powinni znielubić tylko dlatego, że opublikowano na nich niesprzyjający dla nich post. Wróćmy jednak do faktycznego tematu dzisiejszej opinii, a mianowicie do kilku słów dotyczących mojego spotkania z jedną z bestsellerowych powieści pani Katarzyny Michalak. 

Dziesięcioletnia Ania nie ma łatwego życia. W odróżnieniu od innych dzieci, nie może sobie pozwolić na beztroską zabawę ze swoimi rówieśnikami, ani nawet na napełnianie swojego brzuszka pysznymi obiadkami autorstwa mamy. W jej domu to właśnie ona została obarczona wszystkimi obowiązkami, ponieważ rodzicielka bohaterki ciężko zachorowała, a ojciec ją porzucił. Pewnego dnia matka Ani zostaje zabrana do hospicjum, a dziewczynka w obawie przed zabraniem jej do domu dziecka, decyduje się odnaleźć dom człowieka, który przed wielu laty wyrzucił je obie za drzwi. Dziesięciolatce dość trudno jest się zaadaptować do nowej sytuacji i bynajmniej nie pomaga jej w tym wyjątkowo złośliwa kuzynka, która robi wszystko co w swojej mocy, by uprzykrzyć życie nieakceptowanego przez nią członka rodziny. Jakie tajemnice kryje przed wnuczką jej dziadek? Dlaczego w tak niegodziwy sposób zachował się on wobec najważniejszych kobiet w swoim życiu? Jaką rolę w całej tej historii odegra ojciec dziewczynki i czy uda mu się dojść do porozumienia ze swoją dziesięcioletnią córką?

"W imię miłości" dane było mi przeczytać na przełomie lipca/sierpnia 2013 roku, jednak w dalszym ciągu pamiętam towarzyszące mi wówczas emocje. Dzięki tej powieści ponownie uwierzyłam w to, że Katarzyna Michalak jeśli tylko się postara to jest w stanie napisać naprawdę przyzwoitą książkę, która skłania człowieka do licznych refleksji, a jednocześnie pobudza w nim wytwarzanie się endorfin. Strasznie żałuję, że nie wszystkie pozycje literackie tworzone przez tę pisarkę mogę pochwalić i polecić swoim znajomym, bo po prostu nie wszystkie na to zasługują. Jakość tworzonych przez nią historii jest bowiem uzależniona od poziomu rozbudowania planu wydawniczego na dany rok. Oczywiście jestem świadoma tego, że podobne zdanie powtarzam w dzisiejszym poście już po raz drugi, ale naprawdę tęsknie za powieściami tej autorki, które momentami były lekkie i niezobowiązujące, jednak przez cały ten czas znajdowały się na dość fajnym poziomie. Po niezbyt udanym "Mistrzu" i "Sklepiku z Niespodzianką. Lidka" polska pisarka ponownie powróciła na dobry tor i choć sytuacja ta nie trwała zbyt długo, ponieważ niedługo potem na rynek wydawniczy trafiły dużo słabsze pozycje literackie, to cieszę się, że miałam okazję przeczytać "W imię miłości". Książka ta bowiem w stosunkowo fajny sposób ukazuje nam cierpienie dziecka, które o wiele za wcześnie zmuszone jest do usamodzielnienia się i walki o lepsze jutro. Bardzo podziwiam Anię i jej determinację w dążeniu do postawionego sobie celu, ale zachowanie tej dziewczynki świadczy również o wielkiej mocy bezwarunkowej i zarazem szczerej miłości najmłodszych istot tego świata do swoich bliskich. Chociażby dla tych dwóch niezwykle mocnych akcentów tej książki należałoby czym prędzej ją przeczytać i zastanowić się nad tym, jak wiele dzieci znajduje się w podobnej sytuacji, a my nie robimy na dobrą sprawę niczego, by im pomóc, chociażby poprzez okazanie im swojego wsparcia.

Moja ocena: 8/10

środa, 29 kwietnia 2015

Olga Rudnicka - Do trzech razy Natalie

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku, choć tak naprawdę z wielką niecierpliwością wypatrywałam jej już od chwili, gdy ponad dwa lata temu zakończyłam swoją przygodę z poprzednim tomem tej serii. Szczerze mówiąc Olga Rudnicka jest chyba pierwszym twórcą powieści, który aż tak bardzo poprawiłby mi humor już po kilkunastu pierwszych przeczytanych stronach. Podobnie było zresztą z moim Bratem, choć w jego przypadku wszystko zaczęło przychodzić dopiero z czasem. Namawianie go do zapoznania się z tym cyklem zajęło mi swojego czasu aż dwa miesiące, bo choć zdawałam sobie sprawę, że gustuje on w zupełnie innym gatunku literackim to chciałam się przekonać, czy i na nim wywrze ona podobne wrażenie. Wkrótce okazało się, że i Młody nie miał żadnym szans w zetknięciu z pięcioma Pannami Sucharskimi, ponieważ w mig zademonstrowały mu, iż działają na ludzi niczym najdoskonalszy narkotyk, którego jak raz człowiek posmakuje to szybko przekona się, że nie jest się w stanie nad nim zapanować i dopóki oczy nie zobaczą jego ostatniej strony, dopóty od powieści tej nie odejdzie. Narozrabiała ta nasza rodzima autorka i w dalszym ciągu bezwstydnie stara się zaskoczyć swoich czytelników coraz to nowymi pomysłami na tworzone przez siebie powieści. 

Siostry Sucharskie za sprawą swoich mężczyzn decydują się na spontaniczny wyjazd do Międzyzdrojów. To właśnie w tej nadmorskiej miejscowości postanowiły one odpocząć od trudów życia codziennego i przy okazji dać nauczkę partnerom, którzy przyczynili się do tego, że kobiety straciły cierpliwość, spakowały swoje walizki i ruszyły na podbój polskiego morza. Nie mija jednak kilka dni a Nata, Magda i Natka całkiem przypadkiem wplątują się w kolejną intrygę kryminalną i tym razem na ich celowniku znajdują się przestępcy stojący za włamaniami do hoteli, a także morderstwem bezbronnej kobiety. Czy bohaterkom uda się wyjść bez szwanku z całej tej sytuacji i co wspólnego z tym wszystkim ma zakupiony przez gości weselnych kupon totolotka? Jakie niebezpieczeństwa czekają na Sucharskie zanim zdecydują się one na powrót do odziedziczonego po ojcu domu? Czy mężczyźni wybaczą im porzucenie jakiego dziewczyny się dopuściły i pomogą swoim ukochanym w szczęśliwym zakończeniu całej sprawy?

Po raz pierwszy jest mi trudno powiedzieć chociażby kilka słów na temat twórczości Olgi Rudnickiej, która jak wspomniałam wcześniej, zawsze wywierała na mnie dość pozytywne wrażenie. Nie mogę powiedzieć, że "Do trzech razy Natalie" mnie rozczarowała, ponieważ autorka miała naprawdę fajny namysł na napisanie tej książki i gdyby aż tak bardzo nie poniosła jej wyobraźnia to jestem pewna, że i tym razem byłabym zachwycona do granic swoich możliwości. Zabrakło mi w tej powieści dobrze znanego poczucia humoru, który w tym przypadku wydał się być pisany na siłę, a dialogi między głównymi bohaterkami a ich życiowymi partnerami straciły na swoim uroku. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ich związki trwają już od jakiegoś czasu, a więc i relacje wchodzą na inny stopień wtajemniczenia, jednak w dalszym ciągu czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Na poszczególne karty tej pozycji literackiej zaczęła wkradać pewnego rodzaju nuda i to właśnie ona sprawiła, że siostry Sucharskie straciły sporą część swojego uroku, a przecież w normalnych warunkach one wcale nie dopuściłyby do takiej sytuacji, a więc dlaczego autorka nie była w stanie zadbać o ich interes?

Byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że całość tej książki w ogóle mi się nie podobała, bo mimo wszystko odczuwam w stosunku do niej pewnego rodzaju sentyment. Cieszę się, że po raz kolejny miałam okazję spotkać się z tak doskonale znanymi mi bohaterkami. Nigdy wcześniej nie spotkałam równie wielkich wariatek, które w równie dużym stopniu kłóciłyby się ze sobą, a jednocześnie nie pozwoliłyby zrobić sobie nawzajem żadnej krzywdy i jeśli ktoś próbował zadrzeć z chociażby jedną z sióstr Sucharskich to musiał się liczyć z faktem, że tym samym będzie miał do czynienia z pięcioma wiedźmami i ich dziećmi. W dalszym ciągu zdarzały się momenty, kiedy to chichrałam się jak norka i czułam, że jestem odpowiednią osobą na właściwym miejscu, jednak nie trwały one tak długo jak miało to miejsce w przypadku poprzednich tomów. Nie da się ukryć, że książka ta została napisana nieco na siłę i o wiele lepiej by było, gdyby autorka zatrzymała się z pisaniem tej serii na "Drugim przekręcie Natalii", aniżeli zabierała się za opisywanie ich dalszych perypetii. Mam wrażenie, że całość tej sytuacji jest swojego rodzaju walką z wiatrakami, ponieważ jestem również świadoma tego, że gdyby Olga Rudnicka zdecydowała się na stworzenie czwartego tomu tego cyklu to i tak sięgnęłabym po niego z wielką przyjemnością i nie czułabym przy tym większego rozczarowania. 

"Do trzech razy Natalie" to powieść znajdująca się na dość przyzwoitym poziomie, choć nie ukrywam, że nijak ma się ona do swoich poprzedniczek. Na dobrą sprawę nie powinniśmy w ogóle rozwodzić się na temat realności zdarzeń mających w niej miejsce, ale czy siostry Sucharskie mogłyby splamić swoje dobre imię czymś zwyczajnym i zarazem banalnym? Dlatego też polecam tę pozycję literacką wszystkim tym, którzy nie wyobrażają sobie życia bez Natalii, Anny, Naty, Magdy i Natki. Wydaje mi się, że osoby, które do tej pory nie miały do czynienia z twórczością tej polskiej autorki, czym prędzej powinni nadrobić swoje zaległości, ponieważ w moim odczuciu wielu innych polskich pisarzy powinno się od niej uczyć.


Moja ocena: 5/10 

sobota, 31 maja 2014

Lena czyta dzieciom: "Wszystkie moje mamy" Renata Piątkowska

Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów na opisanie uczuć, które towarzyszyły mi podczas czytania tej niepozornej książeczki. Nie ukrywam, że sama mocno zdziwiłam się jej niewielkimi gabarytami, jednak bardzo szybko przekonałam się o tym, iż została ona przeze mnie niesłusznie oceniona. Nie sztuką jest bowiem stworzyć trzystustronicową powieść o niczym, ponieważ taką z całą pewnością może napisać każdy z nas. Mistrzostwem jest natomiast zawarcie mocnego przesłania na o wiele mniejszej powierzchni i zrobienie tego w taki sposób, by było one zrozumiałe nawet dla najmłodszych czytelników.

Szymek Bauman to kilkuletni chłopiec, który wraz z członkami najbliższej rodziny zmuszony został do zamieszkania w warszawskim getcie. Bohater zupełnie inaczej wyobrażał sobie wojnę, a już na pewno nie był przygotowany na to, że tak szybko straci ukochanego ojca, matkę i siostrę. W wyobraźni tego dziecka wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. On i jego najlepszy przyjaciel Dawid mieli szybko i bezboleśnie pokonać Niemców, a na ich ziemiach znów miał zapanować pokój. Z biegiem czasu Szymek staje się świadkiem coraz to większych okrucieństw, a z jego życia zaczyna znikać coraz więcej osób...


Renata Piątkowska stworzyła niezwykłą historyjkę i rzecz jasna oparta ona została na faktach autentycznych. Przeczytałam w swoim życiu wiele książek poświęconych II Wojnie Światowej i związanych z nią zniszczeń, ale chyba po raz pierwszym zostałam wstrząśnięta na tyle, że przez dłuższy czas nie byłam w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa na jej temat. Potrzebowałam czasu, by poukładać sobie w głowie pewne rzeczy, a już w trakcie zapoznawania się z lekturą tej książki wiedziałam, że zadanie to nie będzie należeć do najłatwiejszych. Do tej pory wydawało mi się, że jedynie bezpośrednie opisy zbrodni są w stanie wstrząsnąć człowiekiem i otworzyć mu oczy na tragedie, które miały miejsce przed laty. Spotkanie z powieścią "Wszystkie moje mamy" pozwoliło mi spojrzeć na Holocaust z zupełnie innej strony. Miałam do czynienia z kilkoma pozycjami literackimi, napisanymi z perspektywy dziecka i choć niemalże każda z nich wzbudziła we mnie wiele emocji to po czasie, niemalże zawsze stwierdzałam, że nie posiadały elementu utwierdzającego moli książkowych, iż to właśnie oni byli świadkami tego wszystkiego. Zdaje sobie sprawę, że większość z nich została spisana rękoma dorosłych już ludzi, więc nie powinnam być zdziwiona stylem utrzymującym się w całości dzieła. Zaczęłam się natomiast zastanawiać nad tym, jakim sposobem dziecko byłyby w stanie zapamiętać tak wiele szczegółów z tamtego okresu. W żadnym wypadku nie wątpię w zdolności maluchów do tego typu rzeczy, ale nie o wszystkim było im dane wiedzieć, więc jakim sposobem w książkach będących autobiografią pojawiają się aż tak szczegółowe opisy? Muszę przyznać, że dopiero Renata Piątkowska skłoniła mnie do przemyśleń na temat i choć posiadam kilka różnych koncepcji, by zabrać się za jego rozwinięcie, każdy z nas posiada swoje własne poglądy w tym zakresie i mogłaby z tego wyniknąć o wiele dłuższa dyskusja.

Bardzo się cieszę, że na polskim rynku wydawniczym pojawiają się tego typu książki. Moim zdaniem już od najmłodszych lat powinniśmy dać o edukację naszych pociech, a opowiadanie im o historii naszego państwa jest dla mnie sprawą pierwszorzędną. Tym bardziej jestem zadowolona ze spotkania z utworem "Wszystkie moje mamy", ponieważ w moim odczuciu posiada on wszystkie te cechy, które powinna posiadać idealna powieść dla najmłodszych czytelników. Posiada ona wiele ciekawych informacji na temat sytuacji Żydów w Polsce za czasów II Wojny Światowej i faktycznie została ona napisana w taki sposób, w jaki tę historię opowiedziałoby nam kilkuletni maluch, mogący być świadkiem tych wielu okropieństw. Całość utworu w perfekcyjny sposób została dostosowana do odbiorców i nie uważam, by znalazły się w niej treści, uznawane powszechnie za niestosowne i zbyt brutalne. Ponadto bardzo się cieszę, że autorka zdecydowała się na przedstawienie nam wielkiej postaci jaką niewątpliwie jest Irena Sendlerowa. Nazwisko to powinno być znane wszystkim, ponieważ to właśnie narażając własne życie, uratowała z otchłani getta warszawskiego 2500 dzieci. Wydaje mi się, że nie wielu z nas na jej miejscu zachowałoby się podobnym sposób, więc tym bardziej jestem zadowolona z tego, że dzięki Renacie Piątkowskiej spora część dzieci będzie miało okazję poznać tak wybitną osobę.

Na koniec chciałabym napisać jeszcze kilka słów na temat ilustracji, których autorem jest Maciej Szymanowicz. W tym przypadku nie znajdują się one na wszystkich stronach książki, jednak obrazują wszystkie najważniejsze momenty opowieści. Mi osobiście przypadły one do gustu, choć uważam, że zupełnie niepotrzebne zostały na nich zamieszczone napisy. Oczywiście nie pojawiły się one na wszystkich z nich, ale uważam, że spokojnie mogłyby zostać pominięte i nic wielkiego by się nie stało. Tak, czy inaczej całość utworu, chciałabym polecić rodzicom dzieci w różnym wieku. Osobiście byłabym skłonna do czytania tej książeczki dzieciom od czwartego roku życia. Wydaje mi się, że jest to już ten wiek, w którym po rozmowie z rodzicami, maluszek spokojnie będzie w stanie zrozumieć wydarzenia mające miejsce w utworze, a i sam będzie skłonny do zadawania pytań na jej temat. Co prawda córka mojego brata będzie zmuszona poczekać z poznaniem tej historii jeszcze wiele miesięcy, jednak jestem niemalże pewna, że jej Tata z zafascynowaniem przeczyta ją dużo wcześniej. W końcu w naszej kulturze przyjęło się przekonanie, że faceci są niczym duże dzieci, więc nic dziwnego, że ciągnie ich do sięgania po książki przeznaczone dla najmłodszych czytelników.

Moja ocena: 10/10

czwartek, 22 maja 2014

Lena czyta dzieciom: "Detektyw Pozytywka" i "Nowe kłopoty detektywa Pozytywki" Grzegorza Kasdepke

Nikogo chyba nie muszę przekonywać, że książki stanowią nieodłączny element mojego życia. Mam na ich punkcie niezłego bzika, a w poszukiwaniu tych najpiękniejszych, udałabym się nawet na koniec świata. Literatura towarzyszyła mi od najwcześniejszych lat, ale tak naprawdę nikt nie zaszczepił we mnie miłości do tego rodzaju rozrywki i z biegiem czasu zaczęłam ją traktować jako przykry obowiązek. Dopiero z wiekiem zaczęłam doceniać słowo pisane i mam nadzieję, że już nigdy nie zwątpię w magię, która związana jest z poznawaniem coraz to nowych historii.

"Lena czyta dzieciom" to cykl stworzony z myślą o najmłodszych czytelnikach. Dlaczego zdecydowałam się na jego stworzenie? Zdaję sobie sprawę z tego, że niewielu rodziców decyduje się na zapoznawanie swoich pociech z różnego rodzaju pozycjami literackimi. Nie mówię tu oczywiście o osobach, które same pałają miłością do tego rodzaju form aktywności. Mam tu raczej na myśli ludzi preferujących siedzenie przed telewizorem, bo choć mają do tego pełne prawo to powinni również pomyśleć o rozwoju swojego dziecka i poświęcić na to choć kilkanaście minut dziennie. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach jest tyle fantastycznych książeczek, które z całą pewnością zachwycą nie tylko najmłodszych odbiorców, ale i wielu przypadkach zaskoczą niejednego z rodziców.

W dniu dzisiejszym chciałabym się skupić na dwóch fenomenalnych książkach autorstwa Grzegorza Kasdepke, które przeczytałam z myślą o swojej czternastomiesięcznej bratanicy Kalinie. Przedstawiają one po kilkanaście ciekawych historii z życia tytułowego detektywa Pozytywki. Nie chciałabym czynić tutaj spojlerów, więc mam nadzieję, że wybaczycie mi jeśli odpuszczę sobie opisywanie zawartych w tej pozycji literackiej zagadek. Każda z przygód naszego głównego bohatera to około dziesięć stron przedniej zabawy, którą bez zbędnych przeszkód możemy sobie dawkować przez kolejnych kilka dni. Muszę przyznać, że jest to naprawdę fajne rozwiązanie dla rodziców czytających "Detektywa Pozytywkę" i "Nowe kłopoty detektywa Pozytywki" nieco młodszym dzieciom. Z doświadczenia wiem, że wiele maluszków nie jest w stanie wysłuchać do końca dłuższych historii, więc opiekunowie zmuszeni są im je opowiadać na raty, albo co rusz zaczynają to robić od nowa. W przypadku tego typu książek problem ten wydaje się być w jakimś stopniu zażegnany i każda ze stron powinna być zadowolona. Wszystko zależy od wytrzymałości dzieci i ich chęci do zapoznawania się z kolejnymi przygodami detektywa Pozytywki. Wiadomo przecież, że starsze pociechy mogą poprosić swoich rodziców, by przeczytali im nieco więcej historyjek danego wieczoru i przy tym będą się naprawdę fajnie bawić. Dorośli zresztą też!

Co jest największym fenomenem tych pozycji literackich? Na pewno fakt, że nadają się one do czytania dla maluszków w różnym wieku i nie chodzi mi tu jedynie o długość poszczególnych historyjek, ale i również o zagadki, które zostały umieszczone przez autora pod każdą z nich. Wiadomo, że te najmłodsze dzieci nie będą jeszcze w stanie odpowiedzieć na pytania zadawane Grzegorza Kasdepke, jednak dla tych już nieco starszych stanowić one będą doskonałą rozrywkę. Dzięki nim sami będą mogli poczuć się niczym mali detektywi i rozwiążą niejedną tajemnicę, które zostały przed nimi skryty we wnętrzu tych niepozornych utworów. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że omawiane w dniu dzisiejszym pozycje, rosną w siłę wraz ze swoimi odbiorcami i co rusz odkrywają przed nimi coraz to nowe tajemnice i możliwości do dalszego rozwoju. Tym bardziej, że mają one za zadanie uczyć dzieci logicznego myślenia, a nawet zachęcać je do tworzenia łańcuchów przyczynowo-skutkowych. Dlatego też uważam, że póki co jest to najlepsza z najlepszych propozycji dla młodszych czytelników, które miałam okazję przeczytać i gorąco zachęcam wszystkich rodziców (ale i nie tylko), by zamiast sadzać swoje pociechy przed telewizorem, albo dawać im do zabawy nic niewnoszące publikacje, zainwestowali nieco swojego wolnego czasu w dobór naprawdę wartościowych pozycji, które nie tylko bawią, ale i uczą.

Jeśli chodzi o sam sposób wydania tych książeczek to powiem tylko tyle, że jestem nimi naprawdę zachwycona. Wielkie ukłony w tej kwestii należą panu Piotrowi Rychel, który na potrzeby detektywa Pozytywki, wykonał naprawdę przepiękne ilustracje. Jestem pewna, że zwróciło na nie uwagę nie jedno dziecko i w sumie nie ma co się dziwić! Osobiście już dawno nie miałam do czynienia z obrazkami, które równie trafnie przedstawiałyby wydarzenia mające miejsce w poznawanej przeze mnie historii, a dla maluszków ma to przecież niemałe znaczenie. Ważne również jest to, że twórcy tej pozycji zdecydowali się na minimalizm. Zbyt wiele ilustracji mogłoby przeszkodzić w odbiorze tekstu, a przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego też uważam, że będzie musiało minąć naprawdę wiele czasu, aż znajdę godnego przeciwka, który swym całokształtem mógłby konkurować z tymi pozycjami literackimi, a uwierzcie mi, należę do osób nadzwyczaj wybrednych i rzadko co jest w stanie mnie oczarować aż do tego stopnia. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o samej kolorystyce tych książeczek, która podobnie jak cała reszta zostały wybrane przez wydawcę w sposób mistrzowski. Jest ona naprawdę miła dla oka i jednocześnie tak pasująca do siebie, że mogłaby jej pozazdrościć niejedna powieść dla małych i dla dużych. Muszę przyznać, że osobiście jestem bardzo ciekawa kolejnych tomów tej serii, a także innych historii, które do tej pory wypłynęły spod pióra Grzegorza Kasdepke. Coś mi się wydaje, że jeszcze nie raz będę miała okazję się z nimi zapoznać, a już na pewno będą przeze mnie kupowane jako prezent dla dzieci w różnym wieku. Nie mogę się już doczekać chwili, w której "Detektyw Pozytywka" i "Nowe kłopoty detektywa Pozytywki" zostaną przedstawione córeczce mojego Brata. Mam nadzieję, że Kalina i jej rodzice podzielą mój entuzjazm i będą nią zauroczeni.

Moja ocena: 9/10

wtorek, 15 kwietnia 2014

Agnieszka Lingas-Łoniewska - Brudny świat

Agnieszka Lingas-Łoniewska to utalentowana polska autorka, która posiada na swoim koncie imponujący dorobek literacki. Pamiętam czasy, gdy z wielką niecierpliwością oczekiwałam kolejnych premier jej powieści, ponieważ byłam pewna, że pisarka zabierze mnie w kolejną fantastyczną podróż i ani przez chwilę nie pożałuję czasu, który przeznaczę na przeczytanie kolejnego tekstu. Od tamtego czasu minęło wiele miesięcy i choć nadal staram się czytać książki napisane przez Agnieszkę, odczuwam coraz większe rozczarowanie i pustkę. Jestem świadoma tego, że utrzymanie w tej dziedzinie naprawdę wysokiego poziomu jest niezwykle trudne, a "Zakręty losu" niewątpliwie zawyżyły jej poprzeczkę, jednak to już nawet nie chodzi o sam pomysł na napisanie powieści, a o nieustającą chęć rozwoju i głębi wypływającej z tworzonej przez siebie literatury. "W szpilkach od Manolo" i "Łatwopalnych" niestety tego zabrakło. Z tego właśnie powodu obawiałam spotkania z kolejną pozycją literacką, która wypłynęła spod pióra Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Czy w moim odczuciu "Brudny świat" uratował honor autorki i sprawił, że spędziłam miło czas w towarzystwie Kati i Tommy'ego? Jakie są moje przemyślenia po zapoznaniu się z miłosnymi perypetiami wielkiej gwiazdy rocka i jego współpracownicy? Czy warto jest poświęcić jej odrobinę wolnego czasu?

Wydaje mi się, że opisywanie fabuły tej książki jest całkowicie zbędne, ponieważ mogłabym go zawszeć w zaledwie kilku zdaniach. Polska autorka zdecydowała się na napisanie klasycznego fan fiction, które ukazuje czytelnikom magię uczucia, które połączyło wokalistę jednego z najbardziej pożądanych zespołów na świecie i prostą dziewczynę. Szczerze? Czytałam w swoim życiu co najmniej kilkadziesiąt tego typu historii. "Brudny świat" różni się od nich jedynie tym, że nim zainteresowało się jakieś wydawnictwo i w sposób profesjonalny zabrano się za jego obróbkę. Istotnym faktem wydaje się być również to, że tego typu teksty w większości przypadków tworzone są przez nastolatki, które niewiele jeszcze wiedzą o życiu. Agnieszka Lingas-Łoniewska poznała go o wiele lepiej, a dzięki temu mogła pozwolić sobie na dość ostre operowanie słownictwem, a także życiem swoich bohaterów. Czasami warto jest postawić wszystko na jedną kartę i najprościej w świecie zaszaleć. Obserwując polski rynek wydawniczy mam wrażenie, że autorzy zagubili gdzieś swoją spontaniczność i pasję. W chwili obecnej coraz większa część z nich ulega presji czasu i zamiast wysokopoziomowych książek, czytelnicy otrzymują do czytania ochłapy, które w żadnej innej sytuacji nigdy by nie powstały. Dlaczego więc dajemy na to swoje przyzwolenie?

Pomimo tego, że w trakcie czytania wyłapałam kilka mankamentów "Brudny świat" wybronił się tym co przemawiało na jego korzyść. Jestem pewna, że spory udział w tym wszystkim miał fakt, iż omawiana w dniu dzisiejszym lektura powstała bardzo dawno temu, a więc autorce nie towarzyszyła presja z zewnątrz. Może to wydawać się dziwne, ale widać to niemalże w każdym zdaniu tej książki. Tym bardziej jestem wściekła na Agnieszkę Lingas-Łoniewską, że w najnowszych swoich powieściach zatraciła swoje prawdziwe ja i wszystko to co sprawia jej naprawdę wiele przyjemności. Dzięki tej powieści przypomniałam sobie emocje, które towarzyszyły mi w trakcie zapoznawania się z "Bez przebaczenia" i nie mogłam się od niej oderwać, aż do ostatniej przeczytanej strony. Oczywiście nie wszystkie elementy tej pozycji literackiej przypadły mi do gustu, a o jeden konkretny jestem wręcz wściekła. Chodzi mi tu mianowicie o postać Jimo i choroby, która towarzyszyła mu od około drugiego roku życia. Zdaję sobie sprawę z tego, że powoli staję się monotematyczna, jednak nic tak bardzo nie wyprowadza mnie z równowagi, jak poruszanie w swoich tekstach poważnych tematów bez zdobycia odpowiedniej wiedzy w tym zakresie. Tym bardziej, że zaburzenie o którym mowa w całości tej powieści posiada swoją nazwę i mówi o nim co najmniej kilku specjalistów. Nic nie dzieje się bez przyczyny, a już na pewno problem z mową nie bierze się znikąd i nie jest to w obecnych czasach żadną nowością. Agnieszka Lingas-Łoniewska potraktowała to po macoszemu i muszę przyznać, że odczuwam w tym zakresie naprawdę wielki niedosyt, a wystarczyłoby naprawdę niewiele, by w pełni zadowolić swoich czytelników.


Swoją drogą zastanawiam się nad specjalizacją pracownika służby zdrowia, do którego udawała się Kati wraz ze swoim synem. Pisarka nie udzieliła nam na temat żadnych informacji, a szczerze powiedziawszy byłabym tym bardzo zainteresowana. Istnieje kilka możliwych opcji w tym zakresie, jednak do chwili obecnej pozostają one dla mnie zwykłymi przypuszczeniami. Najchętniej postawiłabym tutaj na logopedę (lub neurologopedę), ale oni z kolei nie posiadają uprawnień, by można ich było tytułować w ten właśnie sposób. Pisanie na czuja w wielu przypadkach nie popłaca. Najczęściej ma to miejsce w przypadkach, gdy czytelnik odczekuje od książki czegoś więcej, niż niezobowiązującej lektury do poduszki. Tego typu utwory najczęściej nie poruszają nawet tak poważnych tematów, jak miało to miejsce w "Brudnym świecie". Zdaję sobie sprawę z tego, że osoba Jimo stanowiła poniekąd wątek poboczny, jednak mimo wszystko powinno się przyłożyć do tego co się tworzy. Tym bardziej, że powieść ta została wydana w Polsce kilka lat po swojej premierze w USA i autorka miała naprawdę sporo czasu, by popracować nad wszystkimi niedociągnięciami. Być może są to tylko moje prywatne fanaberie z racji wyuczonego zawodu i nikt prócz mnie tego nawet nie zauważył. Oczywiście to nie zmienia faktu, że całość tej pozycji literackiej czytało się naprawdę dobrze i wielu przypadkach byłam w stanie wczuć się w sytuację głównych bohaterów. Każdy z nich dźwigał na swoich barkach bagaż doświadczeń, jednak wspólnymi siłami udawało im się stworzyć coś pięknego.

"Brudny świat" chciałabym polecić fankom twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Niewątpliwie jest to jedna z lepszych książek tej autorki i aż żałuję, że utwory, które nie tak dawno miałam w swoich rękach, nie są nawet w połowie tak dobrze napisane, jak historia Tommy'ego i Kati. Jestem pewna, że spotkanie z tą powieścią okaże się dla czytelników naprawdę fajnym doświadczeniem i wciąż będziecie mieli ochotę na więcej. Na sam koniec przyczepie się jeszcze tylko do przewidywalności, którą dość wyraźnie obserwujemy przez ostatnich kilkadziesiąt stron tej powieści. Co prawda zakończenie tej pozycji literackiej mnie usatysfakcjonowało, jednak już od jakiegoś czasu było wiadomo, że tak to właśnie będzie wyglądać. Nie mówiąc już o tym, że wszyscy twórcy fan fiction mają okropną manierę do parowania wszystkich członków zespołu. Z kim? Przekonacie się o tym, gdy sami sięgniecie po debiut polskiej pisarki.

Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Magdalena Witkiewicz - Pensjonat marzeń

Nie oczekiwałam od tej powieści niczego konkretnego i nastawiałam się raczej na spędzenie miłego wieczoru w towarzystwie niezobowiązującej lektury, niż niezapomniane spotkanie z książką, która raz na zawsze odmieni moje podejście do otaczającego mnie świata. Doświadczenie nauczyło mnie cieszyć się każdą nowo poznaną historią i choć jestem świadoma tego, że nie wszystkie pozycje literackie są w stanie mnie oczarować, to wciąż wierzę w autorów, którzy wykazują chęci do ciągłego rozwoju i tworzenia coraz to fajniejszych dzieł. Powoli zaczynam jednak wątpić w twórczość Magdaleny Witkiewicz. Autorka oczarowała mnie trzema rewelacyjnymi powieściami i oddałabym naprawdę wiele, by zapoznać się z innymi publikacjami, które znajdowałyby się na równie wysokim poziomie. "Pensjonat marzeń" nie sprostał temu zadaniu nawet w połowie, a wielka szkoda.

Stosunkowo rzadko zdarza mi się nie opisywać fabuły omawianej lektury, ale tym razem zostałam do tego niemalże zmuszona. Muszę przyznać, że przez chwilę korciło mnie przedstawienie kluczowych wydarzeń z życia bohaterek tej powieści. Dopiero z czasem doszłam do wniosku, że jest to całkowicie bez sensu, ponieważ wtedy nie byłoby sensu, by inni czytelnicy zapoznawali się z perypetiami kobiet, które zostały nam w niej przedstawione. Jestem tym faktem naprawdę rozczarowana, ponieważ w "Szkole żon" widziałam ogromny potencjał na to, by w sposób widowiskowy napisać kontynuację, która mogłaby osiągnąć wielki sukces. Strasznie żałuję, że autorka nie zdecydowała się zawalczyć o jakość tej pozycji literackiej i od tak po prostu się poddała. Czyżby szum wokół jej osoby miał w tym swój udział?

Do zapoznania się z losami bohaterek tej powieści podchodziłam dwukrotnie. Za pierwszym razem nie byłam nawet w stanie się w nią wczytać i w końcu odpuściłam. Dopiero kilka dni później zdecydowałam się na ponowne spotkanie z tą pozycją literacką i wtedy pochłonęłam ją w zaledwie kilka godzin. Zupełnie przypadkowo wyszedł na jaw jedyny plus tej książki. Niewątpliwie Magdalena Witkiewicz posiada lekkie pióro, które mogłoby ją wynieść na wysokie szczyty i tym bardziej jestem rozczarowana, że nie zawsze potrafi to wykorzystać. W moim odczuciu w "Pensjonacie marzeń" nie wydarzyło się nic godnego uwagi, a całość fabuły została niemalże przegadana i nie było nawet szans ku temu, by można było wynieść z niej coś konstruktywnego. Każda z bohaterek ciągle mówiła nam to samo, a w przypadku Jadwigi zostało to pokazane w sposób niemalże mistrzowski. Jestem w stanie zrozumieć naprawdę wiele i zdaję sobie sprawę z tego, że ludziom postronnym bardzo łatwo jest wydawać osądy na jakiś temat, podczas gdy nigdy nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. W bardzo fajny sposób te wszystkie problemy zostały opisane w "Szkole żon" i myślę, że nie było potrzeby na tak dokładną analizę życia każdej z kobiet. Wydaje mi się, że nie taka powinna być idea tej powieści, ponieważ to by oznaczało, że została ona napisana tylko po to, by oszukać moli książkowych i wycisnąć z nich trochę grosza. Zastanawiam się tylko, gdzie w tym wszystkim został zagubiony tytułowy pensjonat. Jak dla mnie było go naprawdę niewiele, a cała reszta tych ponad dwustu stron to zwykła gadanina o tym samym, tylko w nieco innych sceneriach. Takie są moje odczucia i nic tego nie zmieni.

Magdalena Witkiewicz rozczarowała mnie w jeszcze jednym miejscu, które w poprzedniej powieści stało na naprawdę wysokim poziomie. Nie wnikam już w zaklasyfikowanie "Pensjonatu marzeń" do zacnego grona erotyków, a o ogólny wydźwięk tego typu scen w całości tego utworu. Zapoznając się z nimi miałam wrażenie, że czytam słowa napisane przez uczniów szkoły gimnazjalnej, którzy bawią się słowem i tworzą opowiadania na specjalnie do tego stworzonych blogach. Na dobrą sprawę zero przemyślenia i jakiejkolwiek głębi, która w przypadku "Szkoły żon" wręcz tryskała z jej poszczególnych stron. Jestem zła na autorkę, ponieważ ukazała nam seks jako zwyczajny popęd i nic więcej. Z miłą chęcią zacytowałabym kilka takich momentów i dla porównania zestawiłabym je ze scenami, które miały miejsce w pierwszym tomie przygód Julii i jej przyjaciół. Osobiście czuję się oszukana, ponieważ Magdalena Witkiewicz jakby sama nie wiedziała o czym chciałaby napisać. Mam wrażenie, że podobny efekt wyszedłby, gdy za stworzenie tej książki wzięłaby się zupełnie obca osoba i po prostu chciałaby wklepać do odpowiedniego pliku kilkadziesiąt tysięcy słów tworzących w miarę spójną opowieść. Smutny jest fakt, że w tym przypadku i tej spójności mi zabrakło. Najlepiej przedstawioną osobą mimo wszystko była chyba prywatna instruktorka Marty. Ona wniosła do tej lektury nieco świeżości i sprawiła, że chciałabym ją poznać nieco bliżej. Niestety jej postać została tak spłaszczona, że momentami brakowało mi słów. 

Komu chciałabym polecić "Pensjonat marzeń"? Najchętniej osobom, który mają dostęp do bibliotek i stamtąd będą mogły wypożyczyć najnowszą publikację Magdaleny Witkiewicz. Odradzałabym kupowanie tej książki na własność, ponieważ w moim mniemaniu jest to zwyczajne wyrzucanie pieniędzy w błoto. Zupełnie nie tego spodziewałam się po tej pozycji literackiej i jak dla mnie nie powinna być ona promowana jako kontynuacja czegokolwiek, a już na pewno nie jako ciąg dalszy "Szkoły żon", bo jej tam nie było wcale. O wiele lepiej byłoby o niej napisać, że przedstawia dalsze losy bohaterek tej powieści. Wtedy na pewno i odbiór czytelników byłby o wiele bardziej przychylniejszy. Nie nastawialiby się oni na nic konkretnego i nie musiałoby ich spotykać pewnego rodzaju rozczarowanie. Cieszę się jedynie tym, że całość tego utworu została napisana całkiem sprawie pod względem językowym, jednak na przyszłość proponuje bardziej wczuć się i dopracować sceny łóżkowe, bo w przypadku tej książki wypadły one wręcz żałośnie. Każda z nich wyglądała niemalże identycznie, choć jak pewnie wiele osób zauważyło, miały one miejsce w innych miejscach, dotyczyły innych bohaterów, a i pozycje bywały zupełnie różne. Nie ukrywam, że sztuka jest zepsuć coś takiego i zarazem tak bardzo to wszystko spłycić. Rozumiem, że nie każdy potrafi opisać sztukę kochania, jednak skoro w poprzedniej powieści autorce się to udało, więc nie widzę powodów, które przemawiałyby za tym, że usprawiedliwia ją wypuszczenie na polski rynek wydawniczy czegoś o naprawdę niskim poziomie. 


Moja ocena: 4/10

piątek, 31 stycznia 2014

Katarzyna Michalak - Czarny Książę

Nie miałam w swoich czytelniczych planach zapoznawania się z tą powieścią. Po niezbyt udanym spotkaniu z "Mistrzem" stwierdziłam, że nie warto sobie zawracać głowy erotykami napisanymi przez panią Michalak, ponieważ i tak nic z dobrego tego nie wyniknie. Polemizowałabym również z tym, czy książki tej autorki można w ogóle nazwać erotykami, bo jak na mój gust to mają one z tym gatunkiem tyle wspólnego co ja z fizyką jądrową. Ciekawość zwyciężyła jednak nad rozsądkiem i takim właśnie sposobem do moich rąk trafiła najnowsza publikacja polskiej powieściopisarki. 

"Czarny Książę" opowiada swoim czytelniczkom historię niespełna osiemnastoletniej Konstancji. Dziewczyna w wyniku pewnych zdarzeń została oddana na służbę ciotce Klarze, która darzyła ją nieukrywaną nienawiścią. Otrzymawszy obskurną celę zamiast wygodnego pokoju musiała być na każde zawołanie swojej opiekunki. Ani przez chwilę nie pomyślała jednak, że starsza kobieta przygotowuje dla niej coś specjalnego. Dwa miesiące po zamieszkaniu w jej domu, nastolatka została zabrana przez nią na coś w rodzaju imprezy. Konstancją zaczęła się interesować większość mężczyzn zamieszkujących ich Miasto. Klara jednak postanowiła oddać bratanicę w ręce Czarnego Księcia - księcia Maksymiliana Romanowa, który od pierwszego wejrzenia zakochał się w głównej bohaterce i obiecał sobie, że zrobi wszystko, by niedalekiej przyszłości ją poślubić.

Najnowsza publikacja Katarzyny Michalak strasznie mnie zawiodła i gdybym wiedziała, że okaże się ona tak beznadziejna to w ogóle nie zabierałabym się za jej czytanie. Powstanie tej książki jest dla mnie niczym więcej jak zwyczajną kpiną. Osobiście wychodzę z założenia, że jeśli się czegoś nie potrafi to lepiej tego nie robić wcale. Oczywiście są liczne wyjątki od tej reguły i bardzo szanuję ludzi, którzy ucząc się się na własnych błędach starają się dojść do perfekcji, ale bez przesady. Od jakiegoś czasu obserwuję tendencję tej autorki do tworzenia coraz to gorszych powieści. Mam wrażenie, że w tym wszystkim nie chodzi już o jakość rodzących się historii, a o zwyczajną ilość, która dość sowicie może wzmocnić konto pisarki. Bardzo często zastanawiam się, gdzie jest ta Michalak od książek takich, jak: "Poczekajka", "Lato w Jagódce", czy też "W imię miłości". Czy nie warto jest odchodzić od utartych przez siebie schematów i tworzyć powieści na miarę powyższych tytułów? Wydaje mi się, że według niektórych liczy się tylko i wyłącznie produkcja na akord. No i oczywiście to, że zdaniem autora książka powinna się podobać, bo jeśli jednak nie przypadnie ona do gustu to pojawia się wielka obraza majestatu i udawanie, że problemu nie ma. Sama osobiście przekonałam się o tym na własnej skórze, jak po jednej z recenzji dowiedziałam się, że autorka nie ma zamiaru polemizować z kimś takim jak ja. Jestem również świadoma tego, że nikt mnie nie zmusza do czytania wszystkich powieści, które są wydawane przez powieściopisarkę, jednak chyba wciąż mam nadzieję, że przypomni ona sobie czasy swojej prawdziwej świetności.


Wracając do treści "Czarnego Księcia" powiem tylko tyle, że dawno nie czytałam tak beznadziejnej powieści. Co prawda czytało się ją stosunkowo szybko i o dziwo nie miałam ochoty, by odłożyć ją z powrotem na półkę, jednak o pomstę do nieba woła w niej niemalże wszystko. Nikogo chyba nie zdziwił fakt, że Konstancja okazała się kolejną bohaterką-idiotką, która stosunkowo często robiła sobie "dobrze", albo marzyła o tym, by Czarny Książę wziął ją jak najprędzej. Komizm całej sytuacji polegał na tym, że niemalże za każdym razem, gdy coś takiego się wydarzyło, osiemnastolatka zaraz leciała do ołtarzyka, by żałować za grzechy. Komedia, a nie erotyk! Jeśli natomiast chodzi o wątek kryminalny to powiem tylko tyle, że wiązałam z nim ogromną nadzieję. Myślałam, że chociaż on postawi na nogi całość tego utworu i dzięki niemu będę mogła powiedzieć o tej pozycji literackiej coś pozytywnego. Niestety tak się nie stało i jestem z tego powodu bardziej niż wściekła. Autorka w połowie książki zdradza swoim czytelnikom zabójcę i tak naprawdę cała reszta jest już bez sensu. Nie ważne, że można byłoby to pominąć na kilka różnych sposobów. Najlepiej jest zepsuć odbiorcom całą zabawę związaną z wymyśloną przez siebie intrygą i przejść do opisywania kolejnych wątków, którym odebrano wszystko co mogłoby być w nich najpiękniejsze. Jednym słowem wstyd! Nie wspomnę już o tym, że pisarka strasznie zbezcześciła również wątek historyczny. Na drugi raz proponowałabym dość dokładnie zapoznać się z prawdziwymi losami obranych przez siebie bohaterów, a dopiero później dopisywać do nich wydarzenia, które pozostają fikcją literacką. 

Przeczytałam w swoim życiu wiele kryminałów, obejrzałam setki seriali i filmów kryminalnych, nigdy jednak nie spotkałam się z tak żałosnymi aresztowaniami. Rozumiem, że powieść napisana przez Katarzynę Michalak ma miejsce w XIX wieku, jednak miałam nadzieję, że chociaż w tej kwestii autorka będzie miała dla swoich czytelników choć odrobinę litości. No i oczywiście zakończenie. Zapoznam się jeszcze z kilkoma publikacjami tej autorki i chyba sama zaproponuje jej, by wynajmowała sobie kogoś do tworzenia końcówek swoich historii. Jak zwykle akcja przez cały utwór wydaje się być strasznie powolna, a przez ostatnich kilka stron szaleje ostre tornado i zbyt wiele z tego nie wynika. Książka ginie śmiercią tragiczną i nawet jeśli cała reszta była niczego sobie, to ostatnie strony niszczą wszystko. W moim odczuciu "Czarny Książę" w ogóle nie powinien ujrzeć światła dziennego. Osobiście nie polecę go nikomu z moich znajomych, a i tu na blogu będę go szczerze odradzać. W końcu "Gra o Ferrin" znalazła godnego siebie następce, który zrzucił ją z piedestału najbardziej beznadziejnych i niedorzecznych książek Katarzyny Michalak. Oczywiście szanuję również zdanie czytelników, którzy tą powieścią są wręcz zachwyceni, chociaż na LC zdążyłam już zaobserwować, że takich osób jest stosunkowo mało i dominują raczej bardzo słabe oceny, więc coś w tym chyba musi być. Mam nadzieję, że polska powieściopisarka weźmie sobie w końcu co serca rady swoich czytelników i zamiast pisać na akord, zacznie w końcu o wiele bardziej dopracowywać swoje "córeczki" i w niedalekiej przyszłości zachwyci nas czymś na miarę "Poczekajki", czy chociażby pierwszych dwóch tomów "Sklepiku z Niespodzianką".


Moja ocena: 1/10 


*cytat pochodzi z książki Katarzyny Michalak pt.: "Czarny Książę"

sobota, 18 stycznia 2014

Magdalena Witkiewicz - Zamek z piasku

Minęło wiele miesięcy odkąd zdecydowałam się na nieco dłuższy odpoczynek od blogowego świata. Wielokrotnie zastanawiałam się nad przyszłością tego miejsca, jednak chyba dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że nie ma sensu robić niczego na siłę. Uwielbiam dzielić się z innymi swoimi spostrzeżeniami na temat przeczytanej lektury, zdaję jednak sobie sprawę z tego, że ilu na świecie ludzi, tyle różnych opinii pojawi się na różnego rodzaju forach. Zawsze wtedy w mojej głowie zapala się żaróweczka, która motywuje mnie do tego, bym z lekkim dystansem spojrzała na dopiero co poznaną lekturę. Wiadomo, że pierwsza ocena powstaje pod wpływem emocji, a dopiero potem do głosu zaczyna dochodzić zdrowy rozsądek, który podniesie lokatę książki, albo ją nieco zaniży. Niezwykle przyjemne jest również zapoznawanie się z kolejnymi pozycjami mając pełną świadomość, że są one pozytywnymi przerywnikami od nauki i życia osobistego. 

Weronika jest dwudziestokilkuletnią mężatką, która od zawsze pragnęła zostać tłumaczem literatury angielskiej. W swoim życiu posiada ona niemalże wszystko to co potrzebne jest przeciętnemu człowiekowi do pełni szczęścia. Problem zaczyna pojawiać się w chwili, gdy główna bohaterka i jej partner decydują się na spłodzenie potomka. Początkowo nieudane próby nie zniechęcają pary do dalszych starań, jednak z czasem zaczynają one prowadzić do niebezpiecznych kłótni, które zaczynają zagrażać ich wspólnej przyszłości. Jak dalej potoczą się losy Weroniki i Marka? Czy uda im się przetrwać próbę czasu, a może ich drogi się rozejdą?

Muszę przyznać, że Magdalena Witkiewicz ustawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko i choć nie wiadomo jak bardzo chciałabym napisać, że udało jej się osiągnąć kolejny sukces, to niestety nie mogę tego zrobić. Zgodzę się z tym, że całość utworu została napisana naprawdę fajnym stylem i pochłania się ją w ekspresowym tempie, jednak z całą pewnością zabrakło mi w niej obszernego wyczerpania tematu. Wychodzę bowiem z założenia, że jeśli się czegoś podejmujemy to powinniśmy to zrobić naprawdę dobrze. Jaki jest sens poruszania w powieści trudnego tematu jakim jest niepłodność i chęć posiadania dziecka, skoro zostaje on potraktowany jako instrument do osiągnięcia sukcesu i nic więcej? Podczas spotkania z tą powieścią, ani przez chwilę nie poczułam emocji, które umożliwiłyby mi wczucie się w sytuację głównej bohaterki. Zamiast tych uczuć otrzymałam ogromną dawkę obojętności, odrobinę desperacji i nic więcej! Nigdy nie wymagałam od pisarzy rzeczy niemożliwych, ale za każdym razem, gdy sięgam po tego typu utwory, chciałabym by osoby decydujące się na napisanie czegoś, dokładnie zapoznały się z literaturą przedmiotu na ten temat. Wielu czytelników zarzuca Jodi Picoult, że w każdej swojej powieści posługuje się ona jednym schematem, który obojętnie co by się nie działo, pozostaje niezmienny. Nikt jednak nie zwróci uwagi na to ile czasu amerykańska autorka poświęca na dokładne przestudiowanie problemów, z którymi borykają się bohaterowie jej książek. Myślę, że wtedy nie mielibyśmy do czynienia z tak wieloma nieporozumieniami, a polska literatura z pewnością stałaby na o wiele wyższym poziomie.

Nie twierdzę, że "Zamek z piasku" jest książką beznadziejną. Wydaje mi się, że gdyby tego typu słowa popłynęły z moich ust to byłoby to wielce niesprawiedliwie. W piękny sposób pokazuje ona bowiem, że niezwykle ważna w życiu jest umiejętność rozmowy z drugim człowiekiem. Na własnej skórze przekonała się o tym Weronika, która w swojej desperackiej walce o dziecko, zapomniała o ukochanym i jego uczuciach. Wydawać by się mogło, że kobieta odnajdzie spokój w ramionach mężczyzny, który wydawałby się być zupełnym przeciwieństwem Marka. Niestety los miał wobec niej zupełnie inne plany i musiało minąć sporo czasu, by wreszcie udało jej się żyć zgodnie z własną naturą. Całość utworu powinna zostać przez Magdalenę Witkiewicz o wiele bardziej dopracowana i wydaje mi się, że to nie podlega żadnej dyskusji. W końcowej fazie historia nabiera prawdziwego tempa i choć bardzo chciałabym napisać, że okazało się to mistrzowskim posunięciem, to w żadnym wypadku nie mogę tego uczynić. Chyba nigdy nie zrozumiem myślenia twórców, którzy wychodzą z założenia, że szybki zwrot akcji na końcu powieści jest czymś pożądanym przez czytelników. Nawet nie zdają sobie Oni sprawy z tego, jak wielką krzywdę sobie przez to czynią...

Ocena: 5/10

niedziela, 19 maja 2013

Katarzyna Michalak - Bezdomna

Z twórczością Katarzyny Michalak bywa różnie. Niewątpliwie jest ona autorką, która z niezwykłą łatwością operuje słowem pisanym i posiada milion pomysłów na minutę. Taki stan rzeczy posiada swoje plusy i minusy, które rzutują na całościowy odbiór tworzonych przez nią powieści. Po dwóch niezbyt udanych spotkaniach z "Mistrzem" i "Sklepikiem z Niespodzianką. Lidką" nie byłam pewna, czy dobrze robię sięgając po najmłodszą córkę p. Michalak. Ciekawość jednak wzięła górę i po krótkim rozważeniu wszystkich za i przeciw, zabrałam się za czytanie książki, która dość mocno mną wstrząsnęła i sprawiła, że z chęcią bym się na kimś wyładowała. 

"Bezdomna" opowiada swoim czytelnikom historię kobiety, która wyszła za mąż jako młoda dziewczyna i od tamtego czasu, zmuszona była do bezgranicznego podporządkowania się innym. W końcu żadna z nas nie chciałaby pracować na męża, który nadaję się tylko i wyłącznie do ekscytującego i pełnego napięcia seksu, a pracę i dbanie o dobre samopoczucie żony odkłada na tor dalszy. Dzieje się tak do tego stopnia, że pewnego niezbyt entuzjastycznego dnia, okazuje się, że główna bohaterka została pozbawiona wszystkiego o czym mogłaby pomarzyć każda szanująca się kobieta. Od tej pory zmuszona była do życia na ulicy i choć obdarcie z godności jest najgorszą rzeczą, która może spotkać człowieka, to dla Kingi nie do wytrzymania były comiesięczne wyjazdy do lasu, w którym przed wieloma miesiącami ukryła swoją kilkunastodniową córeczkę. Czy uda jej się oderwać od dna?

Świat bywa strasznie niesprawiedliwy i chyba nie muszę do tego nikogo przekonywać. Nigdy bym jednak nie podejrzewała, że spotkanie z najnowszą powieścią Katarzyny Michalak wywoła we mnie aż tyle negatywnych emocji. Nie chodzi mi tu oczywiście o to, że czytany przeze mnie utwór mi się nie podobał, bo zauroczył mnie w sobie i to nawet bardziej niż bym się tego spodziewała. Skłaniałabym się raczej ku opinii, że polska autorka pokazała nam zupełnie inną twarz i życzyłabym sobie, by w podobnym klimacie zostały napisane kolejne jej publikacje. Oczywiście nie musi być smutno i pesymistycznie, a z sercem i w miarę wyważonymi proporcjami na napisanie czegoś naprawdę fajnego. Ukazanie nam historii osoby, która mimo swojego młodego wieku trafiła na ulice i musiała nauczyć się życia w otaczającej ją rzeczywistości. Gdy kobieta ma już nadzieję na rozprawienie się ze swoim ziemskim wcieleniem, niespodziewanie zostaje uratowana przez osobę, która niegdyś przyczyniła się do rozpadu jej małżeństwa. Czy spotkanie z Joanną sprawi, że główna bohaterka będzie w stanie pogodzić się z wydarzeniami, które miały miejsce przeszłości?

W całości utworu zauważyłam również dwa małe minusy, które choć nie odebrały mi przyjemności z poznawanie tej pozycji literackiej, to mogłyby to zrobić bez żadnego 'ale' w trakcie obcowania z kilkoma innymi powieściami, których autorką jest Katarzyna Michalak. Pierwszym z nich jest niewątpliwie fakt, że polska pisarka ma tendencje do podkręcania akcji na sam koniec tworzonego przez siebie dzieła. Pod koniec tej lektury miałam nieodparte wrażenie, że autorka gdzieś się śpieszyła i musiała w trzydziestu stronach zamknąć coś co planowała rozpisać na co najmniej dwa razy większą powierzchnię. Niby nie było źle, jednak dało się to odczuć dość mocno i trochę żałuję, że nie odbyło się to wszystko odrobinę inaczej. Nie jestem do końca pewna, czy drugą swoją uwagę mogę zakwalifikować do tej samej kategorii, co jej poprzedniczkę. Poniekąd nie chce mi się trochę wierzyć w machlojkę, której dopuścił się były szef Joanny i choć zdaję sobie sprawę z tego, że dziennikarstwo niewiele ma wspólnego z rzetelnym ukazywaniem rzeczywistości. Chodzi mi raczej o sam fakt, że mężczyzna pozostał bezkarny i ucierpiało na tym wiele osób, które na to w ogóle nie zasługiwały. Z wielką chęcią dorwałabym go w swoje łapki i wymierzyła sprawiedliwość, na którą niewątpliwie zasłużył. 

"Bezdomna" jest niewątpliwie powieścią, która zasługuję na uwagę szerokiej rzeszy czytelników. Musicie być jednak przygotowani na to, że tym razem nie będziecie mieli do czynienia z klasyczną Michalak, którą dane nam jest poznawać ilekroć sięgamy po napisane przez nią książki. Mam nadzieję, że jeszcze wielokrotnie będzie nam dane obcować z nieco trudniejszą literaturą, która zmusi nas do przemyśleń na tematy, które dotychczas znajdowały się poza naszym zasięgiem. 

Wydawnictwo Znak, premiera 06.06.2013r.
ISBN: 978-83-240-2402-5
Liczba stron: 256
Ocena: 7/10

czwartek, 2 maja 2013

Małgorzata Warda - Jak oddech

Małgorzata Warda znana jest czytelnikom ze wzruszającej powieści pod tytułem "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele". Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu i stosunkowo niedawno do księgarni trafiła kolejna publikacja polskiej autorki. Muszę przyznać, że byłam strasznie ciekawa tej książki i nie mogłam się już doczekać chwili, w której dane mi będzie się w niej zagłębić. Nigdy bym się jednak nie spodziewa, że wywoła one we mnie tak wiele skrajnych emocji, które będą mi towarzyszyć przez wiele dni po jej zakończeniu. Mogłabym się nawet pokusić o stwierdzenie, że nigdy wcześniej nie zostałam aż tak mile zaskoczona. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będą miała okazję zapoznać się z kolejnymi utworami tej pisarki. Czekam na to z niecierpliwością!

Jasmin i Staszek znają się od najmłodszych lat swojego życia. Wychowywani oni byli przez swoje matki niczym rodzeństwo i wydawać by się mogło, że pozostanie tak już na zawsze. Bohaterowie spędzają z sobą każdą wolną chwilę i choć nie mają większych problemów z nawiązywaniem kontaktów z innymi dziećmi, to nie są im one do niczego potrzebne.  Jako nastolatkowie zakochują się w sobie i mimo wszelkich przeciwności losu, marzą o stworzeniu trwałego związku i dzieciach, którym ofiarowaliby wszystko co najlepsze. Niestety życie posiada zupełne inną wizję ich przyszłości i dziewczyna otrzymuje od bliskich wiadomość o zaginięciu jej ukochanego. Od tego momentu rozpoczyna się wyścig z czasem, jednak nic nie wskazuje na to, by policja miała jakiekolwiek szanse na odnalezienie dwudziestojednoletniego mężczyzny. Czy uda im się osiągnąć swój cel?

Małgorzata Warda stworzyła niezwykłą powieść, która już na zawsze pozostanie w sercach swoich czytelników. Całość historii zostaje nam ukazana z perspektywy Jasmin i to własnie ona zwierza się Molom Książkowym z dzieciństwa,  które dane jej było przeżyć u boku Staszka, ale i również z wydarzeń, które mają miejsce tuż po jego zaginięciu. Bez wątpienia wymaga to od niej ogromnego dystansu i obiektywnego podejścia do łączących ich niegdyś więzi. Dziewczyna niemalże przez cały czas zwraca się do swojego ukochanego i przypomina mu o chwilach, które dane im było razem spędzić razem. Wielokrotnie dzieliła ich duża odległość i nie miewali ze sobą kontaktu, jednak za każdym razem udawało im go nawiązać. Główna bohaterka nie jest w stanie zrozumieć motywu, który mógł skłonić porywaczy do uprowadzenia Staszka. Czy zniknięcie chłopaka miało jakikolwiek związek z wydarzeniami z przeszłości? Komu mogło zależeć na unieszkodliwieniu młodzieńca, który w zasadzie nikomu nie zawinił? Jak w zaistniałej sytuacji poradzi sobie dwudziestolatka? Do czego będzie w stanie się posunąć, by odnaleźć ukochanego?

"Jak oddech" posiada w sobie ogromny ładunek emocjonalny, którego nie da się opisać żadnymi słowami. Dlatego chciałabym polecić ten utwór wszystkim tym, którzy uważają, że mogliby wynieść z lektury tej książki coś o wiele więcej, niż mógłby na to wskazywać jej opis. Życie niejednokrotnie udowadnia nam swoją nieprzewidywalność i mam wrażenie, że najnowsza powieść Małgorzaty Wardy jest na to najlepszym dowodem. W głębi duszy miałam nadzieję, że skończy się ona zupełnie inaczej i choć nie do końca są nam znane losy Staszka, to każdy z nas może je sobie wytłumaczyć na własny sposób. Polska autorka umiejętnie posługuje się słowem pisanym i dzięki temu spotkanie z tą pozycją literacką wydaje się nam jeszcze doskonalsza. Muszę przyznać, że jestem strasznie ciekawa kolejnych publikacji tej pisarki. Jestem niemalże pewna, że spotkanie z nimi okaże się równie intrygujące i niezapomniane. Być może zabrzmi to trochę niewłaściwie, ale jestem dumna z tego, że posiadamy w swoim kraju tak genialnych twórców literatury i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę mile zaskoczona ich poczynaniami.

Wyd. Prószyński i S-ka, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-7839-488-4
Liczba stron: 344
Ocena: 9/10

wtorek, 30 kwietnia 2013

Magdalena Witkiewicz - Panny roztropne

Miniony tydzień sprzyjał mojemu czytelnictwu i gdy tylko zakończyłam swoje spotkanie z lekturą "Milaczka", niemalże od razu zabrałam się za jego kontynuację. Nie ważne, że zarwałam dla niej połowę nocy, a następnego dnia musiałam wstać około piątej rano. Muszę przyznać, że był to nie lada wyczyn, jednak z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ani trochę się na niej nie zawiodłam i naprawdę było warto. Doceniam autorów, którzy pomimo prosty i pewnych niedogodności są w stanie stworzyć powieść, która zachwyci setki czytelników, a ci w dalszym ciągu będę mieli ochoty na więcej. Zacznijmy jednak od samego początku tej niesamowitej opowieści.

Milena cierpi po rozstaniu ze swoim ukochanym. W dalszym ciągu nie może pogodzić się z jego stratą i ani trochę nie pomaga jej w tym świadomość, że była w to zamieszana siostra dentysty, która była do bólu o niego zazdrosna. Nie przeszkodziło jej to również w tym, by z zemsty wysadzić samochód należący do niedoszłej bratowej. Niespodziewanie w życiu kobiety pojawia się nowy współpracownik, który wydaje się być nią zainteresowany. Milaczek robi wszystko co w jej mocy, by mężczyzna zwrócił na nią swoją uwagę, jednak każdego wieczoru, który pragną spędził w swoim towarzystwie, odwiedza ich córka sąsiada. Zuzka posiada względem jej osoby zupełnie inny plan i ani myśli pozwolić na to, by dwudziestosześciolatka związała się z człowiekiem, który ani przez chwilę nie podobał się Bachorowi. Czy dziewczynce uda się zrealizować swój szatański plan?

"Panny roztropne" skradły moje serce już na samym wstępie naszej wspólnej wędrówki. Miałam wobec nich dość spore oczekiwania i choć byłam świadoma tego, że kontynuacje na ogół bywają dużo słabsze od swoich poprzedniczek, nie miało to dla mnie zbyt wielkiego znaczenia. W dużej mierze skupiałam się na przyjemności, która towarzyszyła mi w trakcie poznawania kolejnych przygód Mileny i jej przyjaciół. Tym razem do wesołej ekipy dołączyła również Aleksandra Pieczka - wielokrotna medalistka w gimnastyce artystycznej, która dość spontanicznie podjęła decyzję o przeprowadzeniu się w okolice Trójmiasta. Kobieta wynajmuje mieszkanie od małżonka Zosieńki, która wszystkie sprawy związane z owym lokalem powierzyła swojej ukochanej siostrzenicy. Między kobietami niespodziewanie zaczęła nawiązywać się przyjaźń i na swój sposób stały się sobie bardzo bliskie. Oliwy do ognia dolewa sąsiad Oli, który niemalże na każdy kroku widzi problemy związane z zamieszkaniem w ich bloku nowej lokatorki. Idealnie pasowałby on do mojej sąsiadki, której co rusz coś nie pasuje i robi wszystko, by dać upust swojemu niezadowoleniu. Bez nich nasze życie byłoby jednak smutne i całkowicie jałowe, więc niech one sobie będą i urozmaicają nam rzeczywistość, która nie zawsze należy do najprzyjemniejszych.

Twórczość Magdaleny Witkiewicz chciałabym polecić osobom szukającym odprężenia po intensywnym dniu pracy. Jestem niemalże pewna, że przypadnie Wam ona do gustu i nie będzie mieli ochoty się z nią rozstawać. Nigdy bym nie pomyślała, że po niezbyt udanym spotkaniu z "Opowieścią niewiernej" będę w stanie polubić pisane przez nią powieści. Sięgnięcie po "Balladę o ciotce Matyldzie" okazało się dla mnie pewnym przełomem, który pozwolił mi na przekonanie się książek, które wypływają spod pióra polskiej pisarki. Mam nadzieję, że wielu innych czytelników podzieli moje zdanie i przez kolejne lata będzie mi dane rozkoszować się kolejnymi publikacjami tej autorki. Tymczasem podsunęłam "Panny roztropne" mojej uczelnianej koleżance i jestem strasznie ciekawa, czy podzieli ona mój entuzjazm. Magdalena Witkiewicz niewątpliwie posiada smykałkę do tworzenia różnego rodzaju historii i aż szkoda byłoby zaprzepaścić tak ogromny potencjał. Z tego miejsca ponawiam również swoją chęć do adoptowania Zuzanki, która od samego początku skradła moje serce i zapewne pozostanie tak do już do końca mych dni.

Wydawnictwo Sol, kwiecień 2010
ISBN: 978-83-92916-21-5
Liczba stron: 256
Ocena: 7/10


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy