Lubię zwierzęta i choć nigdy nie pałałam miłością do kotów, to nigdy nie dałabym im zrobić krzywdy. Regularnie poznaję jednak ludzi, którzy za obecność tych stworzeń w swoich domach, gotowi byliby oddać naprawdę wiele. Nie ma im się co dziwić, skoro należą one do grona najwierniejszych pupili na świecie, jeśli nie liczyć psów. Tak jest od dość dawna, a dzięki twórczości niektórych autorów, mamy szansę obcować z nimi także na podłożu literatury. To zaskakujące ale wydają się one być najbardziej realistycznymi bohaterami na całym świecie.
Tytułowa Kleo jest przepiękną czarną kotką, która trafia do rodziny Brownów w bardzo ciężkim dla nich okresie. Niedługo przed tym wydarzeniem umiera syn Hellen i Steva, a pogrążona w smutku rodzina, nie potrafi sobie z tym wszystkim poradzić. Czynności, które dotychczas sprawiały im przyjemność, teraz przestały mieć dla Brownów jakikolwiek sens. Pojawienie się w ich domu nowego lokatora sprawiło, że na nowo zaczęli poznawać uroki dnia codziennego. Nie było dnia, w którym ta niesforna kotka nie pokazałaby im swoich pazurków. Życie pod jednym dachem z Kleo, stanowiło dla Hellen, Steva i Roba zupełnie nowe doświadczenie. To niesamowite, że udało im się spędzić razem dwadzieścia trzy lata i żadne z nich nie uznało tego czasu straconym.
