Brakuje mi słów, które w dość trafny sposób uformowałyby wstęp do dzisiejszej opinii. W końcu okazała się być dla mnie wyrazistym wspomnieniem wydarzeń, które dane mi było odczuć na własnej skórzee. Pewnie dlatego odebrałam ten utwór w taki, a nie inny sposób. Uważam to na swój sposób wyjątkowe i cieszę się w przeciwieństwie do wielu osób, które sięgnęły po "Odezwij się z nieba", jestem w stanie w pełni ją docenić. Nie sztuką jest bowiem napisać, że autorki miały dość bujną wyobraźnię i dzięki temu udało im się coś opublikować.
Jacky Newcomb i Madeline Richardson stworzyły książkę, która została poświęcona pamięci ich ukochanego ojca. To właśnie one, niedługo po jego śmierci, postanowiły opisać sytuację, w których kontaktował się z nimi tuż po swoim odejściu. Jedna z sióstr już wcześniej zajmowała się podobnymi zjawiskami, a swoje spostrzeżenia udokumentowała w różnych publikacjach, jednak dopiero ta pozycja literacka, miała okazać się dla mniej najbardziej emocjonującą i naprawdę trudną w tworzeniu. Czy będąc na miejscu autorek tego dzieła, odczytywalibyście podobne znaki w takie sam sposób? Czy uznalibyście jej jako dowód na istnienie życia po śmierci, a może uznalibyście to wszystko za zwykły zbieg okoliczności?
