Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Jennifer Estep - Tajemnice Gwen Frost

Niewątpliwie świat książek rządzi się własnymi prawami. W obrębie każdego z gatunków literackich mamy więc do czynienia z różnego rodzaju modami, które wpływają na tematykę poruszaną przez autorów w swoich powieściach. W chwili obecnej na tak zwanym topie są więc cykle dla młodzieży przedstawiające Molom Książkowym wizję świata w przyszłości, ale również i serie, które poprzez swoją treść nawiązują do mitologii. Na całe szczęście tych ostatnich jest znacznie mniej i na moim celowniku prócz książek Ricka Riordana, znalazła się tylko ubóstwiana przez miliony nastolatek "Akademia Mitu". Pierwsze tomy tego cyklu wywarły na mnie ogromne wrażenie, więc gdy tylko na polskim rynku wydawniczym pojawiła się jego trzecia część, zorganizowałam ją sobie i czym prędzej zabrałam się za lekturę "Tajemnic Gwen Frost"

Ferie zimowe w Akademii Mitu zaczęły zbliżać się ku końcowi, więc główna bohaterka wraz z innymi uczniami szkoły postanowiła udać się do muzeum, by zdobyć materiały potrzebne jej do odrobienia zaległych prac domowych. Niespodziewanie budynek ten zostaje zaatakowany i choć, że Gwen oraz jej przyjaciele nie odnieśli w tym starciu większych obrażeń to i tak część młodzieży zginęła na miejscu. Cyganka nie potrafi poradzić sobie z zaistniałą sytuacją i tym bardziej oskarża się o to, że miecz schowany przez jej matkę nadal nie został odnaleziony. Niepokojący wydaje się również fakt, iż na terenie akademii znajduje się osoba, która należy do grona wspomnianych wcześniej żniwiarzy chaosu. Żeby tego było mało: uratowany przez Gwen Fenrir odnajduje ją, a i w życiu prywatnym dziewczyny ciągle coś się dzieje, więc nie ma ona nawet chwili wytchnienia na to, by na spokojnie zastanowić się nad dalszym planem działania...

"Akademia Mitu" to zdecydowanie jedna z tych serii, którą będę polecać jeszcze przez wiele lat. Przypadła mi ona do gustu już po kilkudziesięciu przeczytanych stronach i od tamtej pory z wielką niecierpliwością oczekuję na premiery kolejnych tomów tego zaskakującego i pełnego napięcia cyklu. Wydaje mi się, że do tej pory nie znalazłam w nim większych mankamentów oraz nieścisłości, które w istotny sposób wpłynęłyby na negatywny odbiór tej historii, a wręcz przeciwnie. Jennifer Estep zadbała o to, by wszystko w tworzonych przez nią książkach miało logiczne wytłumaczenie i jednocześnie nie można byłoby nudzić się w jej towarzystwie. Zapewne miałam do czynienia z jakimiś drobnymi niedociągnięciami, ale przecież przydarzają się one najlepszym, więc nie widzę potrzeby, by w przypadku tej powieści wywlekać je na wierzch. "Tajemnice Gwen Frost" czytałam krótko po premierze i jestem pewna, że jeszcze nie raz powrócę do poznanych w niej bohaterów oraz ich niebezpiecznych przygód. Z niecierpliwością wypatruję kolejnych dwóch tomów tej serii, które nie wiadomo kiedy trafią na polski rynek wydawniczy, choć z tego co wiem zostały już wydane zagranicą, ale coś mi się wydaje, że zanim się doczekam to moja ciekawość przymusi mnie do zapoznania się z nimi w oryginale, a to z kolei może okazać się naprawdę fajnym doświadczeniem. Zwłaszcza, że poziom znajomości przeze mnie języków obcych jest raczej niski i póki co nie zapowiada się, by miało się coś zmienić.

Cykl ten chciałabym polecić Molom Książkowym w różnym wieku. Wydaje mi się, że jest on na tyle plastyczny i ciekawy, że powinien on przypaść do gustu nie tylko nastoletnim czytelnikom, ale i również tym dojrzalszym. Gwarantuję wam, że przeżyjecie niezapomnianą przygodę w towarzystwie naprawdę zacnych bohaterów i ani przez chwilę nie poczujecie się znudzeni. Żeby nie przedłużać powiem jeszcze tylko tyle, że jestem wręcz oczarowana szatą graficzną tej serii, a największe wrażenie zrobiły na mnie rzecz jasna same okładki, które pomimo swojej prostoty są wprost przepiękne. Takich okładek życzyłabym wszystkim autorom, choć jak wiadomo to nie one są w tej branży najważniejsze i na pierwszym miejscu powinna znajdować się sama treść.


Moja ocena: 9/10

niedziela, 3 maja 2015

Kiera Cass - Elita

Kiera Cass jest obiecującą pisarką książek dla młodzieży, która w naprawdę przystępny i zarazem ciekawy sposób podeszła do tematu wizji świata w przyszłości. Pierwszy tom stworzonej przez nią serii przypadł do gustu rzeszy czytelników i sprawił, że nie mogli się oni doczekać kontynuacji miłosnych perypetii Ami i jej dwóch adoratorów. Sam pomysł na stworzenie takiej, a nie innej historii, niewątpliwie wymagało od autorki sporej kreatywności i dobrze przemyślanego pomysłu na poszczególne wydarzenia. Czymś naturalnym wydaje się natomiast fakt, że po raz kolejny główną bohaterką serii jest nastolatka znajdująca się o wiele niżej w hierarchii społecznej (lub mentalnej) niż ma to miejsce, gdy przyjrzymy się pierwszoplanowej postaci męskiej. 

Akcja "Elity" rozpoczyna się w momencie, gdy w pałacu pozostaje już tylko sześć dziewczyn rywalizujących o serce księcia Maxona. Wśród nich znajduje się również America, która nie należy do ścisłego grona ulubienic rodziny królewskiej, czy chociażby mediów lub społeczeństwa. Bohaterka może jednak liczyć na poparcie zakochanego w niej księcia i gdyby tylko chciała, eliminacje zostałyby zakończone w jednej chwili, a ona sama rozpoczęłaby przygotowania do pełnienia jednej z najważniejszych funkcji w Illei. Panna Singer jednak w dalszym ciągu zastanawia się nad tym, którego z młodzieńców powinna wybrać na towarzysza swojego dalszego życia, a podjęcie ostatecznej decyzji staje się coraz trudniejsze ze względu na wychodzące na jaw fakty dotyczące historii zamieszkiwanego przez nią państwa. 

Podczas zapoznawania się z kontynuacją "Rywalek" towarzyszyły mi o wiele chłodniejsze uczucia, niż miało to miejsce w przypadku tomu rozpoczynającego całość tej serii. Nie żałują poświęconego jej czasu, ponieważ okazał się on nad wyraz produktywny, jednak muszę przyznać, że momentami zaczęło wiać ostrą nudą oraz schematem, który został powielony w kilku momentach tej pozycji literackiej. Na ten temat mogłabym napisać osobny post, choć wolałabym tego uniknąć ze względu na fakt, że musiałabym postąpić wbrew obowiązującym w blogowym świecie regułom, a spojlerować nie mam najmniejszego zamiaru. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że spory udział w tym wszystkim ma fakt, że autorka w sposób nieprawidłowy rozplanowała poszczególne wątki wymyślonej przez siebie historii. Takim sposobem w pierwszym tomie tego cyklu działo się naprawdę wiele, w efekcie czego większość kandydatek na żonę dla księcia powróciło do swoich domów, a w drugiej części było ich już znacznie mniej, a więc nie było już większych możliwości do popisania się własną wyobraźnią, ale i również warsztatem pisarskim. Szkoda, że jak zwykle ambicje twórcy odbijają się echem na spragnionych dobrej zabawy czytelnikach. Na całe szczęście nie było najgorzej, a wręcz ciekawie, choć bez wyczekiwanych przeze ze mnie fajerwerków. Wielka szkoda, bo mogło być fenomenalnie!

"Elita" z całą pewnością przypadnie do gustu nieco młodszym czytelnikom oraz wszystkim tym, którzy od tego typu książek nie oczekują niczego poza mile spędzonym czasem. Minęło już sporo czasu odkąd sama przeczytałam drugi tom "Rywalek" i nie jestem pewna, czy jeszcze kiedykolwiek będę miała ochotę, by powrócić do niego chociażby myślami. Niby nie był zły i można byłoby przymknąć oko na jego mankamenty, gdyby nie irytujące zachowanie głównej bohaterki, które przeważyło o całościowym odbiorze tej lektury. Zdaje sobie sprawę z tego, że Ami jest zwyczajną nastolatką, a wiek zobowiązuje ją do różnego rodzaju błędów, rozterek sercowych i wielu innych zachowań, charakterystycznych dla jej rówieśników. Nie rozumiem jednak bezmyślności tej bohaterki, a także jej zabawiania się kosztem młodzieńców, którzy obdarzyli ją szczerym uczuciem. Sytuację tę dodatkowo nakręca widmo zbliżającej się wojny oraz konieczność ciągłej obserwacji otoczenia w obawie przed zbliżającym się wrogiem. Poza tym motyw ten jest częstym gościem różnego rodzaju serii i wydaje mi się, że powoli zaczyna się to robić strasznie przewidywalne i przez to wręcz nudne...


Moja ocena: 4/10

piątek, 1 maja 2015

Lois Lowry - Dawca

Nie często zdarza mi się czytać książki, o których istnieniu dowiedziałam się po wcześniejszym obejrzeniu filmów nakręconych na ich podstawie. Zaczynają mi wtedy towarzyszyć mieszane emocje, bo nigdy nie jestem pewna, czy pierwowzór ekranizacji przypadnie mi do gustu skoro i tak już wiem o co w tym wszystkim chodzi. Zdaje sobie również sprawę z tego, że właśnie taka kolejność zapoznania się z wybranym przez siebie dziełem jest nienaturalna i całkowicie mija się z celem, ale czasami tak się po prostu zdarza i człowiek nie ma na to większego wpływu. Takim właśnie sposobem trafiłam na polecany mi przez Brata film pt.: "Dawca pamięci", który wywołał na mnie naprawdę pozytywne wrażenie i aż żałowałam, że do tej pory nie została nakręcona jego kontynuacja. 

Na całe szczęście zostałam uświadomiona co do tego, że lubiany przeze mnie film został nakręcony na podstawie historii stworzonej przez Lois Lowry i nic nie stoi na przeszkodzie ku temu bym zapoznała się z twórczością tej autorki. W tym celu zarezerwowałam sobie jeden wolny wieczór, zaparzyłam sobie kubek ulubionej herbaty, by następnie dać się ponieść magicznej chwili, którą niesie za sobą każdorazowe spotkanie ze słowem pisanym. 

Nastoletni Jonasz żyje w hermetycznym świecie, który pozbawiony jest jakichkolwiek uczuć i bliskości panującej pomiędzy poszczególnymi członkami społeczności. W miasteczku tym wszystko zostało przez nich zaplanowane z należytą czcią i dokładnością, więc nawet małżeństwa zostają dobierane na podstawie różnego rodzaju obserwacji, a osoby zainteresowane nie mają w tym zakresie nic do powiedzenia. Podobnie jest także w przypadku narodzin dzieci, które tak naprawdę nie są biologicznymi pociechami żyjących ze sobą osób, a zamiast tego zostają przez nich adoptowane. Mówiąc o tym należy wspomnieć, że ilość możliwych adopcji również jest odgórnie ustalona i nie ma nawet opcji, by dwoje dorosłych ludzi wzięło pod opiekę dwójkę dzieci tej samej płci. Takie obowiązywały zasady i wydawać by się mogło, że nie istnieje na całym świecie taka siła, która byłaby w stanie wywrócić cały ten system do góry nogami. Nadzieja na to pojawiła się w chwili, gdy podczas inicjacji dwunastolatków, główny bohater został wybrany nowym dawcą pamięci i rozpoczął swoje szkolenie w tym zakresie...

Rozpocznę może od tego, że film powstały na podstawie tej powieści, niemalże w stu procentach jest zgodny ze swoim pierwowzorem. Oczywiście znajdziemy między obiema wersjami kilka mniej (lub bardziej) znaczących różnic, jednak jestem pewna, że po obejrzeniu ekranizacji, mogłabym wcale nie sięgać po książkę, a i tak na jej podstawie byłabym w stanie stworzyć szczegółowy plan zdarzeń, który niemalże inaczej pasowałby do pierwowzoru. Muszę przyznać, że w zasadzie wcale mi to nie przeszkadzało, choć między mną a czytaną przeze mnie powieścią nie było już tego czegoś. Zdecydowanie nie polecam zapoznawania się z daną pozycją literacką, gdy wie się na jej temat już prawie wszystko. Uważam, że w film w porównaniu z książką wypadł znacznie korzystniej, choć tak naprawdę moje uczucia w tym zakresie mogą być uzależnione od kolejności w jakiej przyszło mi się zapoznać z historią Jonasza i jego przyjaciół. Niewykluczone, że gdybym podeszła do tematu jak należy i najpierw przeczytała jej wersję papierowo to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. W chwili obecnej ciężko jest mi powiedzieć coś więcej na ten temat, ponieważ nie ma to już najmniejszego sensu. Co się stało to się już nie odstanie i tyle.

Nie mniej jednak uważam, że "Dawca" jest jedną z ciekawiej napisanych powieści dla młodzieży. Moim zdaniem została ona całkiem nieźle przemyślana i choć w jakimś tam stopniu przypomina "Intruza" Stephenie Meyer oraz inne, które poprzez swoją treść nawiązują do przedstawienia czytelnikom wizji świata za kilkadziesiąt lat. Przez chwilę zaczęłam się nawet zastanawiać jakby to było zamienić się z bohaterami tego cyklu i spróbować dostosować się do obowiązujących ich reguł. Myślę, że co poniektórym z całą pewnością przydałoby się tego doświadczenie. Może wtedy zaczęlibyśmy bardziej doceniać to co posiadamy i w końcu nie mielibyśmy do czynienia z tak wielką ilością rozprzestrzeniającego się zła i każdy bez wyjątku miałby równe szanse na to być szczęśliwym.

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nina Reichter - Ostatnia spowiedź (Tom 3)

Tworzenie opinii na temat przeczytanej książki, znajduje się obecnie na szarym końcu mojej prywatnej listy rzeczy do zrobienia. Dzisiaj jednak postanowiłam podzielić się z Wami refleksjami na temat serii, która zapowiadała się naprawdę fajnie i choć od samego początku zauważałam w niej wiele mankamentów to jednak gdzieś pozostawała nadzieja, że chociaż na samym końcu Nina Reichter pokaże na co ją stać i czytelnicy będą mieli okazję zapoznać się z czymś o wiele bardziej ambitnym, niż z przeciętnej jakości fanfiction na temat wspomnianych już w poprzednim tekście braciach Kaulitz.

Chciałabym od razu zaznaczyć, że osobiście nie mam nic przeciwko tego typu utworom, bo choć sama nigdy nie byłam fanką tego zespołu to zdarzyło mi się popełnić kilka opowiadań z Billem i Tomem w roli głównej, a z setką kolejnych dane mi było się zapoznać podczas odwiedzin na zaprzyjaźnionych blogach. Większość z nich łączyła jedna zasadnicza cecha: były strasznie schematyczne i nawet "Moda na sukces" wydawała się być o wiele bardziej ambitna, choć także wśród tekstów fanfiction można było wynaleźć tekst, który znacząco różnił się od innych i dzięki temu czytało się go z nieukrywaną przyjemnością. Po cichu miałam więc nadzieję, że podobnych wrażeń doczekam się w końcu od wychwalanej przez wiernych czytelników Niny Reichter, ale niestety jedyne na co mogłam liczyć to wielkie rozczarowanie przeplatane z mieszaniną irytacji, a także znudzenia.

Po przeczytaniu ostatniego tomu "Ostatniej spowiedzi" zaczęłam zastanawiać się nad kilkoma zasadniczymi problemami, które bezustannie pojawiały się na łamach tej książki. O większości z nich zmuszona jestem powiedzieć w dużym skrócie, ponieważ musiałabym streścić wam większość fabuły, a tego bym bardzo nie chciała. Rozumiem, że jednym z głównych celów stworzenia tej książki było ukazanie czytelnikom specyfiki życia osób pracujących na scenie, jednak w moim odczuciu wyszła z tego raczej opera mydlana, aniżeli coś co faktycznie mogłoby mieć związek z rzeczywistością. Oczywiście zgadzam się z tym, że bycie osobą medialną niesie za sobą nieustanna walkę o utrzymanie się na rynku, a jak wiadomo ta nie zawsze bywa fair play. Uważam natomiast, że niektóre z wydarzeń opisanych przez Ninę Reichter za coś absurdalnego i naprawdę nie rozumiem osób, piszących w swoich opiniach piszą o niekończącej się liczbie wzruszeń jaka towarzyszyła im podczas zapoznawania się z treścią tej powieści. Na palcach jednej ręki mogłabym wyliczyć momenty, które faktycznie mogłyby takie być, ale zostały one przysłonięte przez wydarzenia tak nieprawdopodobnie żałosne, że nie zwróciłam na nie najmniejszej uwagi. Tym bardziej, że za chwile znowu mieliśmy do czynienia z kolejnym absurdem i z tego wszystkiego nie mogłam się nawet powstrzymać od nie relacjonowania tych zdarzeń przyjaciółce, która dzielnie wysłuchiwała moich opowieści. 

Autorka niewątpliwie nie wykorzystała potencjału wymyślonej przez siebie historii. Tym razem pojawiło się już znacznie mniej szczegółów świadczących o tym, że opowieść ta jest ściśle związana z zespołem Tokio Hotel, a jednak Nina Reichter i tak musiała zrobić coś, by człowiek nie mógł być zadowolony z czasu, który postanowił przeznaczyć na zapoznanie z jej twórczością. Książka ta nauczyła mnie jednak jednej ważnej rzeczy: kobieta powinna znaleźć sobie faceta posiadającego w swoim inwentarzu brata. Zawsze istnieje mniejsze prawdopodobieństwo, że po jego stracie nie pozostanie sama, ponieważ będzie miała się na kogo przerzucić, a jeśli otrzyma przy tym jeszcze błogosławieństwo ich matki to już w ogóle powinna zostać ona okrzyknięta największą szczęściarą na całym świecie. Zdaję sobie sprawę z tego, że być może moja opinia wydaje się być nieco niesprawiedliwa, ale nie potrafię napisać, że poznana przeze mnie historia była cudowna i spędziłam z nią cudowne chwile, jeśli w rzeczywistości nie miało to w ogóle miejsca. Na usta wciąż cisną mi się te same określenia i aż nieprzyzwoicie byłoby je w kółko powtarzać. Osobiście znam kilka fanfiction o Tokio Hotel, które o wiele bardziej zasługują na wydanie ich w formie książkowej, ale zdaję sobie sprawę z tego, że z wielu przyczyn tak się nigdy nie stanie. Jeśli miałabym wskazać na jakiś plus wiążący się z "radosną" twórczością Niny Reichter to niewątpliwie mogłabym wskazać na lekki styl, którym posługuje się autorka "Ostatniej spowiedzi", a także na ogólny pomysł na napisanie tej powieści.

Bardzo żałuję, że nie będę w stanie opowiedzieć Wam bliżej o absurdach mających miejsce w tej powieści, ale chyba lepiej będzie, jeśli przekonacie się o nich na własnej skórze. Jak już wspomniałam wcześniej, istnieje spora rzesza fanów tej powieści i choć nie rozumiem na jakiej podstawie przypadła im ona do gustu to jednak nie pozostaje mi chyba nic innego, jak tylko zaakceptować taki stan rzeczy. Z drugiej strony ciekawi mnie również fakt, czy Nina Reichter zdecyduje się na napisanie i wydanie kolejnej powieści. Muszę przyznać, że na pewno sięgnęłabym po nią w bliżej nieokreślonej przyszłości, by przekonać się, jak to właściwie jest z tym jej talentem pisarskim. Póki co pokazała się mi z dość przeciętnej strony, ale zdaje sobie również sprawę z tego, że opowiadania powstające na poczet bloga, a w dodatku pozostające historiami natury fanfiction, żądzą się odmiennymi prawami, aniżeli ma to miejsce w przypadku powieści "standardowych", choć i to tak naprawdę jej nie usprawiedliwia.



Moja ocena: 3/10

środa, 21 maja 2014

Alessia Gazzola - Miłość i medycyna sądowa

Wielu czytelników zastanawia się nad tym, czym kierują się mole książkowi podczas wybierania powieści, które chcieliby przeczytać w przeciągu najbliższych kilku tygodni lub lat. Jedni są zwolennikami przepięknych okładek, drudzy sugerują się opiniami osób mających daną pozycję literacką już za sobą, a jeszcze inni solidnie analizują opisy znajdujące się na okładce każdej z nich. Oczywiście trzeba wziąć również pod uwagę połączenie tych trzech opcji, ponieważ ono właśnie bywa najbardziej prawdopodobnym wyjściem z takiej sytuacji, a bynajmniej ja tak postępuję i w zdecydowanej większości przypadków jestem z tego powodu bardzo zadowolona. 

Alice Allevi jest początkującym patologiem sądowym, który zdaniem wielu ludzi, całkowicie nie nadaje się do wykonywania tego zawodu. Dziewczyna jest jednak zdeterminowana i mimo, że co rusz ktoś zniechęca ją do tej pracy, zamierza walczyć o spełnienie swoich najskrytszych marzeń i robi wszystko, by je osiągnąć. Nie przeszkodzą jej w tym również pracownicy Instytutu, którzy tworzą coś na wzór kółka wzajemnej adoracji i nawet nie kryją się ze swoich stosunkiem do głównej bohaterki. Pewnego dnia w jednym z rzymskich mieszkań znaleziono zwłoki kobiety. Czy Alice uda się ustalić przyczynę jej śmierci i udowodni współpracownikom, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu? Jak dalej potoczą się losy tej nieco zakręconej dziewczyny?

"Miłość i medycyna sądowa" wywołała we mnie stosunkowo mieszane uczucia. Z jednej strony jest ona lekką i zarazem niezobowiązującą lekturą, która jest w stanie rozśmieszyć nawet najbardziej wymagających czytelników i sprawić, że jeszcze kilkukrotnie zdecydują się oni po nią sięgnąć i będą ją polecać swoim znajomym. Niewątpliwie Alessia Gazzola ma talent to tworzenia tego typu powieści, ale obawiam się, że dobra passa tej pisarki nie potrwa zbyt długo. Strasznie nie lubię, gdy w czytanych przeze mnie książkach pojawiają się motywy, które są mi już znane z innego rodzaju produkcji. Zdaję sobie sprawę z tego, iż jest to nieuniknione, jednak z całą pewnością wpływa to na niekorzyść twórców, których dzieła pojawiają się nieco później niż inne. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze niezbyt dopracowane postacie i ich dość popularne w ostatnim czasie charaktery. Czasami zastanawiam się, czy to autorzy podczas tworzenia swoich powieści, pragną wygrać konkurs na najbardziej zakręconych bohaterów, czy po prostu jest to nieodłączny element mojego szczęścia i nie pozostaje mi nic innego jak tylko się z tym pogodzić. Mam tylko nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mi się odwrócić złą passę i dane mi będzie poznać osoby, które w o wiele większym stopniu przypadną do mojego gustu. 

Alessia Gazzola jest jednak autorką, która posiada w sobie ogromny potencjał i mam nadzieję, że wykorzysta go ona podczas tworzenia kolejnych publikacji. Mimo wszystko polubiłam Alice i jej zwariowane przygody i choć wolałabym ją spotykać w nieco bardziej oryginalnych sytuacjach, spędziłam naprawdę miłe godziny zapoznając się z licznymi przygodami tej dziewczyny. Włoska pisarka posługuje się naprawdę lekkim stylem, więc całość utworu czyta się z nieukrywaną przyjemnością i nie wiadomo kiedy docieramy aż do ostatniej strony. Oczywiście wielkie brawa należą się również tłumaczowi tej powieści, a także innym osobom, które przyczyniły się do wydania tej książki w Polsce. Na przyszłość proponowałabym tylko zwrócić uwagę na nieco staranniejszą korektę tekstu, ponieważ do całości wdarło się kilka literówek. "Miłość i medycynę sądową" chciałabym polecić molom książkowym w różnym wieku, choć o wiele lepiej powinni się w niej odnaleźć nieco młodsi odbiorcy. Mam nadzieję, że podobnie jak ja będziecie zadowoleni ze spotkania ze zwariowaną bohaterką i jej perypetiami, a w przyszłości będziecie pragnęli sięgnąć po kolejny tom z tej serii. Muszę przyznać, że osobiście nie mogę doczekać się tej chwili. Liczę na to, że autorka posiadając już jakieś pisarskie doświadczenie, mile mnie czymś zaskoczy.


Moja ocena: 6/10

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kiera Cass - Rywalki

Literatura młodzieżowa. Dla wielu dorosłych czytelników jest czymś nieosiągalnym i bynajmniej nie ma to związku z tym, że ktokolwiek zabrania im zapoznawania się z tego typu utworami. Chodzi raczej o powszechnie funkcjonujące przekonanie, że osiągnięcie pewnego wieku do czegoś zobowiązuje i koniec. Z drugiej strony obserwujemy również kreowanie się nastoletnich moli książkowych na niezwykle wymagających odbiorców i w związku z tym młodzieżówki niejednokrotnie traktowane są po macoszemu. Oczywiście powinniśmy sięgać po takie lektury, które przypadną nam do gustu i nie ma sensu katować się niezbyt pociągającymi nas powieściami. Czasami jednak warto jest dać im szansę, bo nigdy nie wiadomo, czy nie będziemy mieli do czynienia z naprawdę wciągającą i niezapomnianą lekturą.

America to nastoletnia dziewczyna, która zarabia na życie śpiewając podczas różnego rodzaju uroczystości u ludzi posiadających wyższy status społeczny. Wraz ze swoimi rodzicami i dwójką młodszego rodzeństwa żyją w skrajnym ubóstwie, ponieważ jako Piątki nie mają zbyt wielu możliwości, by wybić się ponad tłum bardziej uprzywilejowanych obywateli państwa. Główna bohaterka jednak nie poddaje się i stara się czerpać z mijających dni ile się tylko da. Nadchodzi czas, gdy książę Illei zaczyna oglądać się za odpowiednią kandydatką na żonę. Zostaje ogłoszony konkurs, w którym mogą wziąć udział wszystkie niewiasty w wieku od szesnastego do dwudziestego roku życia. Zaszczyt zamieszkaniu w zamku otrzyma jednak tylko część z nich i wtedy zabawa rozpocznie się na dobre.

Kiera Cass stworzyła niezwykle wciągającą i niezapomnianą powieść. To prawda, że zauważyłam w niej kilka mankamentów o których warto byłoby wspomnieć, jednak nie przesłoniły mi one tego co najważniejsze w tej lekturze. Autorce udało się wykorzystać drzemiący w niej potencjał i jestem pewna, że jeszcze nie raz zostaniemy mile zaskoczeni tekstami, które wypłyną spod jej pióra. Przyznaję, że na samym początku obawiałam się, że historia stworzona przez amerykańską pisarkę nie przypadnie mi do gustu, ponieważ okaże się ona łudząco podobna do kilku innych powieści i nie będę w stanie napisać o niej niczego pozytywnego. "Rywalki" są poniekąd zlepkiem pomysłów, które pojawiły się już w publikacjach zagranicznych twórców, jednak mam wrażenie, że w tym przypadku zostały one o niebo lepiej przemyślane i dopracowane. Po raz kolejny mieliśmy bowiem do czynienia z podziałem bohaterów na poszczególne klasy społeczne i choć strasznie żałuję, że autorka nie przedstawiła nam choćby ogólnej charakterystyki każdej z nich, to i tak zostały one o wiele lepiej i ciekawiej przybliżone, niż miało to miejsce chociażby w "Igrzyskach Śmierci" Suzanne Collins. Podejrzewam również, że autorka nie chciała zdradzać nam tych wszystkim informacji w jednym tomie i co nieco na ten temat pojawi się w kolejnej książce. 

Muszę przyznać, że bardzo polubiłam Ami i poniekąd byłabym w stanie się z nią utożsamić. Niestety rozczarowuje mnie nieco fakt, że po raz kolejny mamy do czynienia z nad wyraz przeciętną nastolatką, która nie skarży się na swój los i do samego końca pragnie pozostać w cieniu. Ponadto dość sceptycznie patrzy na jakiekolwiek szanse wybicia się z tłumu, a jeśli już decyduje się coś zrobić, to robi to wyłącznie ze względu na swoich bliskich. W dalszym ciągu pozwala sobie na zachowywanie się wbrew zasadom i o dziwu nie ponosi z tego żadnych konsekwencji, a wręcz przeciwnie! Staje się jedną z największych faworytek Eliminacji i brnie przed siebie niczym burza. Oczywiście dokonałam tu sporego uogólnienia i jestem tego pełni świadoma. Zdaję sobie sprawę, że obecnie jest popyt na tego typu bohaterki i za żadne skarby świata tego nie zmienię. Jestem w pełni świadome tego, że poprzez takie zabiegi wiele czytelniczek wyobraża sobie siebie jako główną bohaterkę i w ich sercach pojawia się pewnego rodzaju nadzieja na lepsze jutro. Czytając ten utwór byłam w pełni podziwu dla Americy, ponieważ od początku do samego końca pozostała sobą. Nie udawała kogoś kim nie była, ale z drugiej strony znajdowała się w zupełnie innej sytuacji, niż reszta dziewcząt. Ogromny wpływ na to wszystko miał również fakt przynależenia do Piątek, więc wszystko to co spotkało ją na terenie pałacu traktowała jako dar od losu, a nie jako coś co jej się po prostu należało. Widać to było zarówno w rozmowach prowadzonych z księciem Maxonem, jak i również z czasu, który dane jej było spędzić w towarzystwie swoich pokojówek. Nie sądzę, by większość z nas postępowała podobnie.

Kiera Cass posługuje się niezwykle prostym i zrozumianym dla wszystkich językiem. Wydaje mi się, że już dawna nie miałam do czynienia z powieścią, którą czytałoby mi się równie dobrze. Lekkie pióro stanowi niepodważalną podstawę do tego, by twórca miał szansę na to, by w skuteczny sposób dotrzeć do wyobraźni odbiorców. Pod tym względem pisarka zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie i nigdy w życiu nie kazałabym jej niczego zmieniać. Osobiście nie mogę się już doczekać czerwca, kiedy to na polskim rynku wydawniczym pojawi się kolejna publikacja amerykańskiej autorki. Jestem strasznie ciekawa przygód, które tym razem spotkają Ami, Maxona i Aspena. Czy będziemy mieli do czynienia z prawdziwą walką o serce głównej bohaterki? A może książę spośród wszystkim kandydatek wybierze na swoją żonę zupełnie inną dziewczynę? Jak to dobrze, że odpowiedź na te pytania otrzymam za kilka tygodni. Zachęcam Was do zapoznania się z "Rywalkami", ponieważ uważam ją za jedną z lepszych powieści dla młodzieży jaką kiedykolwiek miałam okazję przeczytać. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie poruszyłam jeszcze wielu problemów, które zostały w niej poruszone, więc tym bardziej lećcie do księgarni lub biblioteki i czym prędzej oddajcie się tej przyjemności. 

Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Marissa Meyer - Saga księżycowa. Cinder i Scarlet

W futurystycznym Nowym Pekinie panuje zaraza. Mieszkańcy tego miasta nie mogą czuć się bezpieczni, ponieważ choroba rozprzestrzenia się z prędkością światła, a w dalszym ciągu nie został wynaleziony lek, który w jakikolwiek sposób mógłby ją. powstrzymać. Cinder jest członkiem społeczeństwa drugiej kategorii i nie jest w stanie sobie przypomnieć wydarzeń mających miejsce przed zakwalifikowaniem jej do społeczności drugiej i choć posiada ogromną wiedzę na temat urządzeń, które bezpośrednio związane są z elektroniką to i tak nie jest mile widziana przez lepiej usytuowanych mieszkańców swojego miasta. Główna bohaterka robi wszystko, by poznać odebraną jej przez laty wiedzę na temat swojej przeszłości. Jaką rolę w tym wszystkim odegra Książę Kai, który wielokrotnie pojawi się w jej kilkunastoletnim życiu?

"Saga księżycowa. Cinder" to niezwykła powieść, która poniekąd wzorowana jest na uwielbianej przez miliony osób baśni o kopciuszku. Tym razem mamy jednak do czynienia z nieco inną postacią i choć ma wiele do czynienia z doskonale znaną na bohaterką o gołębim sercu, możemy się po niej również spodziewać kilku innych zachowań, które już na zawsze zostaną zakodowanie na mapie naszego umysłu. Cinder jest bowiem osobą nietuzinkową i chyba zgodzą się ze mną wszyscy ci, którzy mieli okazję, by na spokojnie zapoznać się wydarzeniami mającymi miejsce w tej pozycji literackiej. Niemalże na każdym kroku zaskakiwała mnie ona swoją osobowością i choć nie zawsze bywało łatwo, to nie mogę narzekać na momenty w tej książce, które w jakikolwiek sposób mogłabym uznać za definitywnie słabsze od całej reszty i mniej interesujące. Jestem dumna z Merissy Meyer, że udało jej się w pełni wykorzystać potencjał dopracowanego w jej głowie pomysłu. To prawda, że nie zawsze bywało idealnie, jednak w porównaniu do innych autorów, nie bała się przelać na klawiaturę swoich myśli i tak naprawdę postawiła wszystko na jedną kartę. Cieszę się bardzo z tego powodu i wciąż czekam na więcej.

Babcia Scarlet zniknęła bez śladu, a jedynymi urządzeniami, które w jakikolwiek sposób świadczą o jej zniknięciu są tablet i czip naprowadzający. Gdy policja jest już bezradna, a dziewczyna nie ma zielonego pojęcia od czego mogłaby rozpocząć prywatne poszukiwania, w życiu głównej bohaterki pojawia się intrygujący mężczyzna, który oferuje jej swoją pomoc. Razem z Wilkiem wyruszają więc do Paryża i to właśnie w nim mają rozpocząć walkę z czasem. W tym samym czasie Cinder próbuje uciec z więzienia. Przy współpracy z pewnym człowiekiem pragnie odnaleźć pewną kobietę, która jak się później okazuje jest zaginioną babcią Scarlet. Jak dalej potoczą się losy bohaterów tej sagi? Czy bohaterkom uda się ujarzmić swoje emocje i dojść do jakiekolwiek porozumienia?

Muszę przyznać, że obawiałam się nieco tej serii. Co prawda już po kilkudziesięciu przeczytanych stronach "Cinder" wiedziałam, że mam do czynienia z naprawdę przyzwoitą literaturą. Strach mój był raczej związany z pewnego rodzaju oczekiwaniem na to co nieuniknione. Z doświadczenia wiem, że wielu autorów, którzy w mistrzowski sposób rozpoczynali swoją przygodę z tworzonymi przez siebie tekstami, musieli wyrobić normę i w późniejszych publikacjach, nie pokazywali się ze zbyt dobrej strony. Niewątpliwie mogło mieć to również związek z nastawieniem czytelników na brawurową lekturę, która sprawi, że jeszcze przez wiele miesięcy będziemy rozmyślać o poznanych nieco wcześniej wydarzeniach. Nie jest to dobre podejście do pochłanianej przez nas literatury, jednak jestem świadoma tego, że pewnych mechanizmów nie jesteśmy w stanie opanować za żadne skarby świata i nie ma nawet sensu, by tracić siły na coś co z góry zostało już zaplanowane.

W przypadku "Scarlet" zostałam mile zaskoczona i choć nie uważam bym mogła ją zaliczyć do grona literatury wybitnej, to z całą pewnością warto jest poświęcić jej odrobinę swojej uwagi. Mistrzowskim zagraniem okazało się zaczerpnięcie pomysłu z baśni i to chyba właśnie ona sprawiła, że całość utworu czytałam z prawdziwym zainteresowaniem. Marissa Meyer włożyła ogrom serca z napisanie tego cyklu i nie da się ukryć, że widać to już od pierwszych stron tych powieści. To prawda, że ideału brakuje jej jeszcze wiele, jednak już teraz widać w niej potencjał, który odpowiednio pokierowany jest w stanie zdziałać naprawdę wiele. Jestem niemalże pewna, że od tej pory będę pilnie śledzić poczynania tej autorki i już teraz nie mogę się doczekać chwili, w której dane mi będzie poznać kolejne jej publikacje. Dlatego właśnie, chciałabym polecić te utwory osobom, które mają ochotę na zapoznanie się z lekką i zarazem niebanalną literaturą. Oba te elementy znajdziecie powiem na stronach "Sagi księżycowej". Strasznie żałuję, że sama jestem już po lekturze tych powieści, jednak wierzę, że nie tylko ja będę w stanie docenić urok tych pozycji literackich i już niedługo usłyszymy nieco więcej na temat autorki, która posiada ogromną szansę na podbicie tego świata i przy odrobinie szczęścia jej się to uda.
Wydawnictwo Egmont, paździenik 2012 / maj 2013
ISBN: 9788323753056 / 9788323753131
Liczba stron: 440 / 496
Ocena: 7/10 / 7/10

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rick Riordan - Pamiętniki półbogów

Twórczość Ricka Riordana polubiłam dzięki interwencji mojego Brata, który przekonał mnie do sięgnięcia po pierwszy tom serii pod tytułem "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy". To właśnie ta powieść otworzyła mi drogę do zupełnie innego świata i do tej pory nie mogę przeboleć, że zwlekłam z tym tak długo. Okazało się bowiem, że twórczość amerykańskiego autora obdarzyłam tak szczerym uczuciem, że z niecierpliwością wyczekuję kolejnych publikacji, które łączą w sobie mitologię grecką i rzymską. Dlatego właśnie zdecydowałam się na zapoznanie się z "Pamiętnikami półbogów". Byłam świadoma tego, że być może nie przypadną mi one do gustu, ponieważ za opowiadaniami nie przepadam, a i sparzyłam się już spotkaniem z podobną publikacją tego autora, jednak wyszłam z założenia, że jeśli nie zaryzykuje to nigdy się o tym nie przekonam. 

"Pamiętniki półbogów" ukazują swoim czytelnikom historie, które przytrafiły się mieszkańców Obozu Herosów i które wymagały od nich niezwykłej kreatywności i umiejętności radzenia sobie w skrajnie niebezpiecznych sytuacjach. Pierwsza z nich przestawia nam przygody Luka i Thalii, którzy przemierzali Stany Zjednoczone w celu złapania legendarnej kozy, która była niezaprzeczalnym znakiem samego Zausa. Niespodziewanie docierają one do tajemniczej posiadłości i to właśnie w niej mają oni rozegrać walkę o dalsze przetrwanie. W następnej kolejności przenosimy się do Percy'ego i Annabeth, którzy obchodzą swoją pierwszą miesięcznicę. Niestety ich spokój zostaje zburzony przez Hermesa i zmuszeni są do ruszenia w pościg za zgubioną przez niego laską. Ostatnio opowiadanie zostało natomiast poświęcone Leo i jego przyjaciołom, którzy udają się w pościg za skonstruowanym przez półboga Bufordem. 

Podchodziłam do tej pozycji literackiej z lekkim dystansem. Niewątpliwie ma to wielki związek z tym, że niezbyt przypadło mi do gustu "Archiwum herosów", które podobnie jak omawiany w dniu dzisiejszym utwór, stanowi swojego rodzaju uzupełnienie całej serii. Tym razem moje obawy okazały się całkowicie bezpodstawne i już po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron wiedziałam, że otrzymam odpowiedź na nurtujące mnie od dłuższego czasu pytania. Czas spędzony w towarzystwie tej książki upłynął mi naprawdę szybko i sama byłam zdziwiona, że wciąż miałam ochotę na więcej. Nie mogę się już doczekać chwili, w której na polskim rynku wydawniczym pojawi się kolejna książka Ricka Riordana. Obok stworzonych przez niego bohaterów nie można przejść obojętnie i do tej pory wspominam potyczki Percy'ego z bogiem wojny Aresem. To właśnie oni zapewnili mi największą rozrywkę i mam nadzieję, że będzie ona kontynuowana w następnych publikacjach amerykańskiego autora. Strasznie podoba mi się w nich połączenie mitologii z realiami życia codziennego, a ukazanie Almatei jako kozy posiadającej wymiona, które służą do dojenia napojów w różnych smakach, rozłożyło mnie na łopatki. Podobnie zresztą było w przypadku, gdy dowiedziałam, że stolik obraził za na Leo, ponieważ heros odważył się go wyczyścić ajaksem, a nie cytrynowym pronto z ekstra nawilżaniem. W towarzystwie półbogów nawet mycie zębów nie może nam się nudzić i w mig staję się ono największą przygodą naszego życia.

"Pamiętniki półbogów" chciałabym polecić fanom twórczości Ricka Riordana, ale i również wszystkim tym, którzy nie mieli z nią do tej pory do czynienia. Jestem pewna, że przypadnie ona do gustu szerokiej szerzy czytelników i już na stałe zagości na ich półkach, by mogli do niej powracać w każdej wolnej chwili. Strasznie żałuję, że nie miałam możliwości poznać tych książek, gdy chodziłam do gimnazjum. Dzięki nim nauka mitologii okazałaby się jeszcze większą przyjemnością i nie miałabym żadnego problemu z odróżnianiem greckich bogów od tych, którzy zostali przypisani Rzymianom. Amerykański pisarz posługuje się naprawdę fajnym językiem, który jest w stanie od siebie uzależnić niejednego wymagającego Mola Książkowego. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz będę miała do czynienia z jego publikacjami i każda z nich okaże się równie imponująca, jak cała reszta. W tej książce znajdziecie ponadto kilka zadań, które w całkiem fajny sposób podsumują Waszą wiedzę na temat świata półbogów, a także zdjęcia poszczególnych bohaterów tej pozycji literackiej. W większym lub mniejszym stopniu odzwierciedlają one nasze wyobrażenie na temat ich wyglądu, jednak cieszę się, że ktoś wpadł na pomysł, by nam to wszystko uporządkować. Czym prędzej sięgnijcie po zbiór czterech opowiadań. Naprawdę warto!

Wyd. Galeria Książki, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-62170-63-0
Liczba stron: 276
Ocena: 6/10

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Emily Rodda - Góra grozy

Ostatnimi czasy starałam się ograniczyć czytanie literatury młodzieżowej i choć robiłabym wszystko, by wytrwać w tym postanowieniu, to jestem świadoma tego, że chęć poznania dalszych perypetii Leifa i tak okazałaby się o wiele silniejsza. To właśnie ona popchnęła mnie w ramiona piątego tomu serii "Pas Deltory" i ani trochę nie przeszkadzał jej w tym fakt, że nie zapoznałam się z poprzedzającymi "Górę grozy" powieściami. Muszę przyznać, że ani trochę nie utrudniło mi to spotkania z omawianym w dniu dzisiejszym utworem i spokojnie można je czytać w dowolnej kolejności. Zanim jednak przejdziemy do szczegółowego opisu tej lektury, opowiem Wam o wydarzeniach, które na własnej skórze doświadczyli jej bohaterowie.

Jasmin, Barda i Leif po zdobyciu czwartego kamienia, udają się w kierunku Góry Grozy w poszukiwaniu kolejnego przedmiotu, który przybliży ich do uratowania swojego królestwa. Zadanie to nie jest łatwe, ponieważ na bohaterów czyhają coraz to nowe przeciwności, a oni sami są już na tyle zmęczeni, że nie zawsze są w stanie zapanować nad swoimi myślami. Przyjaciele są jednak świadomi tego, że w swojej wędrówce zaszli zbyt daleko i za żadne skarby świata nie mogą się poddać. Zwłaszcza, że spotykają na swojej drodze pradawne istoty, które pomagają im w przedostaniu się w upragnione miejsce. Czy Leifowi i całej reszcie uda się osiągnąć swój cel? Jakie przeciwności losu dane im będzie spotykać w trakcie swojej wędrówki?

"Góra grozy" to powieść, która nie do końca zdobyła moje serce i przekonała mnie do swojego jestestwa. Mam wrażenie, że autorka poddała się pewnego rodzaju schematowi i to właśnie na nim została oparta konstrukcja całego cyklu. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to dość typowy zabieg podczas tworzenia tego typu literatury, jednak chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję i będę wypowiadać swoje zdanie na ten temat. Rozumiem, że powieści dla młodzież rządzą się nieco innymi prawami i nie powinno się od nich wymagać zbyt wiele, ponieważ zawierają w sobie zupełnie nieco odmienne wartości. Do tego ostatniego pochodzę nieco sceptycznie i choć chciałabym traktować młodzieżówki jako zupełnie inny rodzaj literatury, to nie jestem w stanie tego uczynić. Najwyraźniej wyrosłam z utworów, które bywają do siebie bliźniaczo podobne. W moim odczuciu powinno się tego unikać i nie ważne, czy dana pozycja literacka jest przeznaczona dla dorosłych, nastolatków, czy też kilkuletnich dzieci. O ile dwie ostatnie grupy wiekowe mogą nie zauważyć schematyczności i autorowi ujdzie to płazem, to zawsze znajdzie się osoba, która zauważy ten patent i nie będzie w stanie tego tolerować. Oczywiście nie twierdzę, że Emily Rodda stworzyła beznadziejną historię i nie warto poświęcić jej odrobiny czasu. Autorka miała po prostu warunki, by napisać coś o wiele lepszego, niż ma to miejsce w rzeczywistości. Wielka szkoda, że nie dane jej było wykorzystać swojego potencjału.

Całość utworu chciałabym polecić nieco młodszym czytelnikom. Być może uda im się zauważyć w tej powieści o wiele więcej, niż miało to miejsce w trakcie mojego spotkania z treścią tej książki. Emily Rodda posługuje się całkiem fajnym stylem, a czas spędzony z lekturą tej pozycji literackiej mija tak prędko, że ani się obejrzycie, a będzie ją już mieli za sobą. Żałuję trochę, że Egmont nie zdecydowało się na połączeniu dwóch tomów tego cyklu w jedną całość. Być może wtedy przygoda Moli Książkowych z tą serią okazałaby się jeszcze ciekawsza, a wszelkie jej niedociągnięcia nie byłyby aż tak widoczne? W chwili obecnej akcja książki kończy się o wiele szybciej, niż na dobrze się ona zacznie. To również bywa dla czytelników dość uciążliwe i sprawia, że wystarczy zapoznać się z opisem znajdującym na okładce, by dokładnie wiedzieć z czym ma się do czynienia. Być może w przyszłości zdecyduję się na kontynuowanie przygody z twórczością australijskiej pisarki. Póki co zabieram się za czytanie zupełnie innej literatury i mam nadzieję, że okaże się ona dla mnie nieco bardziej pomyślna. Oczywiście przez innych czytelników "Góra grozy" może zostać odebrana zupełnie inaczej i absolutnie nie ma w tym niczego złego.

Wydawnictwo Egmont, wrzesień 2012
ISBN: 978-83-237-5319-3
Liczba stron: 172
Ocena: 5/10 

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości portalu www.nakanapie.pl

wtorek, 9 kwietnia 2013

Sophia Bennett - Look

Podchodziłam do lektury tej książki dość entuzjastycznie. Spodziewałam się po niej całkiem przyjemnej powieści dla młodzieży i miałam nadzieję, że spędzę w jej towarzystwie niezapomniane chwile. W tym przypadku rzeczywistość okazała się nieco inna i już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, iż nie będę zachwycona ze spotkania z twórczością  Sophii Bennett. Od samego początku czegoś mi w niej brakowało i strasznie żałowałam, że autorka nie dopracowała tego utworu jeszcze bardziej. Wydaje mi się również, że to we mnie może tkwić problem, a fakt, że nie należę do najmłodszych czytelników, wcale mi w tym nie pomaga. Zacznijmy jednak od krótkiego przybliżenia fabuły tej powieści, a dopiero potem przejdziemy do wniosków.

"Look" opowiada swoim czytelnikom historię nastoletniej Ted, która podobnie jak tysiące innych dziewczyn jest zakompleksiona na punkcie swojego wyglądu. Uważa go za mocno przeciętny i nigdy by się nie spodziewała, że mogłaby zostać przez kogoś zauważona. Pewnego dnia spotyka ona na swojej drodze pewnego mężczyznę, który składa jej kuszącą propozycje. Dziewczyna jest jednak sceptycznie nastawiona do całego przedsięwzięcia i pozostawia całe zajście daleko w tyle. Wszystko do chwili, w której dowiaduje się o poważnej chorobie swojej siostry. Zrządzenie losu popycha Ted do wypróbowania swoich sił w modelingu, jednak czy jej się to uda? Czy będzie potrafiła odnaleźć się w bezlitosnym świecie mody?

Powieść stworzona przez Sophie Bennett kojarzy mi się trochę z programem "Top Model", który od kilku lat emitowany jest na antenie TVNu. To właśnie dzięki niemu zdecydowałam się na spotkanie z lekturą tej powieści i to właśnie on skłonił mnie do wielu przemyśleń na temat tej profesji. "Look" w dość przystępny sposób ukazuje nam prawa i obowiązki dziewczyn, które decydują się na spełnianie swoich marzeń w modelingu. Tak naprawdę jest to jeden z najtrudniejszych zawodów świata, który wymaga od swoich pracowników wielu wyrzeczeń, a także wzmożonej czujności. Wiąże się ona z ciągłą walką o jak najlepszą pozycję w zespole i pewnego rodzaju względami na które mogą sobie pozwolić tylko niektórzy. Ted doświadczyła tego na własnej skórze i w niektórych momentach było mi jej naprawdę szkoda. Istnieje cień szansy, że gdyby zdecydowała się na ten krok w zupełnie innych okolicznościach, to dużo prościej byłoby jej odnaleźć się w otaczającej ją rzeczywistości. Muszę przyznać, że angielska pisarka dużo bardziej zaimponowała mi podczas opisywania sytuacji, która miała miejsce w rodzinnym domu głównej bohaterki. Cieszę się, że Sophie Bannett zdecydowała się na przedstawienie w swojej publikacji istoty raka, a także problemów z którymi borykają się rodziny osób cierpiących na tego typu chorobę. Walka z nią wymaga od wszystkich wielu wyrzeczeń, a mimo to nie zawsze jesteśmy w stanie z nią wygrać. Myślę, że nikt z nas nie byłby w stanie przejść obojętnie obok tego tematu. Życzyłabym również sobie, aby stał się on swojego rodzaju mapą w wędrówce młodych ludzi ku dorosłości. Podejrzewam, że będą w stanie wykrzesać z tej lekcji naprawdę wiele.

 Osoby starsze uważają nastolatków za niepotrafiące się zachować bękarty, jednak ja widzę w nich spory potencjał i jestem pewna, że odpowiednie przedstawienie niektórych rzeczy sprawi, że będą oni w stanie podejść do niektórych spraw z należytym im spokojem i szacunkiem. Zgodzę się z tym, że autorka włożyła w tworzenie tej powieści ogrom pracy i cały ten proces zajął jej to naprawdę wiele czasu, który mogłaby spożytkować w zupełnie inny sposób. Strasznie żałuję, że angielskiej pisarce nie udało się w pełni zrealizować swojego planu i zabrakło mi w niej elementu, który zachęciłby mnie do ponownego sięgnięcia po ten utwór. Podejrzewam, że ma to spory związek z tym, że czytana przeze mnie powieść została napisana z myślą o nieco młodszych Molach Książkowych. Niewątpliwie jednak "Look" posiada spory potencjał, który po specjalnej obróbce i odpowiednich przemyśleniach sprawi, że Sophie Bennett będzie w stanie zdobywać w stanie przenosić góry. Wielka szkoda, że w tym przypadku skończyło się tak, a nie inaczej. Liczę na to, że jeszcze kiedyś będę miała okazję, aby zapoznać się z inną publikacją tej autorki. Mam nadzieję, że wtedy spotkanie to okaże się o wiele bardziej pomyślne i obie strony będę z tego powodu bardzo zadowolone. Tymczasem chciałabym polecić historię Ted osobom, które lubują się w podobnej tematyce i wiedzą, że wywrze ona na nich pozytywne wrażenie. Całość utwory została napisana przy pomocy młodzieżowego języka, który w zależności od punktu widzenia czytelników, wpłynie na jej korzyść lub całkowicie ją pogrąży.

Wydawnictwo Egmont, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-237-5308-7
Liczba stron: 360
Ocena: 6/10

sobota, 6 kwietnia 2013

Jodi Picoult, Samantha van Leer - Z innej bajki

Z wielkim zniecierpliwieniem wypatruje momentów, gdy na stronie internetowej lubianego przeze mnie wydawcy, ukazuje się informacja o zbliżającej się premierze książki Jodi Picoult. Amerykańska pisarka uzależniła mnie od siebie do tego stopnia, że nie jestem wstanie sięgnąć po utwory, które od wielu miesięcy oczekują na moment, w którym zdecyduje się na ich przeczytanie. Może to wydawać się dziwne, ale wszystko układa się w tym kierunku, aby pozostało mi coś na gorsze czasy, gdy potrzebna mi będzie wstrząsająca i pełna napięcia lektura. Dlatego właśnie skupiam się na świeżo wydawanych powieściach tej autorki i tym o to sposobem usłyszałam o historii, którą amerykańska pisarka stworzyła w duecie ze swoją córką. Czy współpraca wyszła im na dobre?

Delilah McPhee nigdy nie pogodziła się z odejściem ojca do zupełnie obcej kobiety. W chwili rozwodu rodziców dziewczyna miała niespełna dziesięć lat, a mimo to doskonale pamięta miesiące żałoby i smutku, które zagościły w jej domu tuż po jego wyprowadzce. Mijają dni i główna bohaterka przynosi z biblioteki książkę, która raz na zawsze odmienia jej dotychczasowe życie. Staje się ona najlepszą przyjaciółką dziewczyny i towarzyszy nastolatce w niemalże każdej czynności, którą zmuszona jest wykonywać w ciągu dnia. Tymczasem Delilah stara się pomóc bohaterowi ulubionej w przedostaniu się do realnego świata. Czy uda im się osiągnąć upragniony cel? Jak dalej potoczą się losy zamkniętej w sobie nastolatki i jej ukochanego?

Książki tworzone Jodi Picoult odnajdują swoje odzwierciedlenie w życiu tysięcy ludzi na całym świecie i chyba za to właśnie są one przez nas najbardziej lubiane. Amerykańska pisarka nie boi się podejmować kontrowersyjnych tematów i mam nadzieję, że jeszcze nie raz nas tym zaskoczy. Tymczasem mamy do czynienia z utworem skierowanym do nieco młodszych czytelników i to właśnie z nim miałam o wiele więcej problemów, niż ze zrozumieniem życia osób, którym dane było egzystować w zupełnie innej kulturze. Myślę, że spotkanie z lekturą tej powieści powinno okazać miłym doświadczeniem dla Moli Książkowych w różnym wieku. Obawiam się nieco wyjawienia Wam zbyt dużej ilości faktów, które mogłoby zaważyć na niekorzyść tej książki. W końcu żaden czytelnik nie ma ochoty na obcowanie z lekturą, która została mu już w pełni opowiedziana. Samantha van Leer wpadła na naprawdę ciekawy pomysł i jestem strasznie ciekawa jej dalszych poczynań w zakresie literatury. "Z innej bajki" jest bowiem powieścią, która została poprowadzona przez autorki wielotorowo i mimo kilku niedogodności, czyta się ją z nieukrywaną fascynacją i przyjemnością.

Nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy całość tej historii wywarła na mnie pozytywne wrażenie, czy też pozostawiłabym ją sobie do ponownej analizy. Mam wrażenie, że którejś z kolei spotkanie z jej lekturą tej powieści sprawi, że odkryję w niej wszystko to co najlepsze i wtedy już nie będę miała co do niej żadnych wątpliwości. Ciekawym przedsięwzięciem było również przybliżenie czytelnikom pierwowzoru historii Olivera. Przeplatały się one wraz z pozostałymi wątkami tej powieści i muszę przyznać, że zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jedyne co mi się na swój sposób nie podobało w tym utworze to zachowanie głównej bohaterki. Mam wrażenie, że wielu autorów bazuje ustalonym niegdyś stereotypie nastolatki i to właśnie na nim bazują w trakcie tworzenia swoich dzieł. Irytuje mnie to za każdym razem, gdy mam do czynienia z literaturą młodzieżową i właśnie wtedy zadaję sobie pytanie, czy nie warto byłoby oddać nas w ręce zupełnie innej dziewczyny? Jestem niemalże pewna, że sprawiłoby to wielką radość sporej grupie czytelników i niewątpliwie wpłynęłoby to na ogromny plus dla potencjalnej pozycji literackiej. Nie da się ukryć, że dużo bardziej cenię sobie Jodi Picoult jako autorkę nieco bardziej życiowych powieści, jednak i w tym przypadku zostałam mile zaskoczona i byłabym nawet skłonna na kolejne spotkanie z twórczością tej dwójki.

Wyd.Prószyński i S-ka, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-7839-497-6
Liczba stron: 312
Ocena: 6/10

piątek, 29 marca 2013

Zoe Marriott - Królestwo łabędzi

Do napisania opinii na temat tej książki motywowałam się dwa dni. Za każdym razem byłam niezadowolona ze wstępu, który sprawił, że nie potrafiłam docenić sformułowań, które co rusz pojawiały się w mojej głowie i które równie szybko były z niej eliminowane. Nie zdziwiłabym się, gdyby moje dylematy dotyczyły powieści, która w żadnym stopniu nie przypadłaby mi go gustu, a czas spędzony w jej towarzystwie, uznałabym za w pełni stracony. Podczas obcowania z twórczością Zoe Marriott zostałam mile zaskoczona, ponieważ nie spodziewałam się po niej wciągającej lektury. Na wielu blogach przeczytałam bowiem wiele negatywnych zdań na jej temat i cieszę się, że nie zniechęciły mnie one do osobistego zapoznania się z historią Aleksy.

Aleksandra od najmłodszych lat swojego życia pomagała swojej matce w pielęgnowaniu roślin, które w zamieszkiwanym przez nie Królestwie uchodziły za naprawdę piękne i urodziwe. Godziny spędzone w towarzystwie rodzicielki były dla dziewczyny czymś niezwykle ważnym i z wielką niecierpliwością oczekiwała kolejnych lekcji magii. Pewnego dnia królowa ginie z rąk krwiożerczej bestii i na dworze pojawia się młoda kobieta, którą król postanawia poślubić. Aleksa i jej bracia postanawiają skompromitować Zellę i ujawnić przed poddanymi prawdziwą postać i intencje przyszłej królowej. Zadanie to kończy się dla nich wielkim niepowodzeniem i przez to zmuszeni są do natychmiastowego opuszczenia kraju. Czy głównej bohaterce uda się odnaleźć braci? Jakie przeciwności losu czekają na nią w trakcie miesięcy spędzonych na wygnaniu?

Stosunkowo trudno jest mi oceniać książkę, która diametralnie różni się od pozostałych powieści z tej serii. Spodziewałam się po niej podróży w czasie i kolejnych intryg, które poruszą mnie swoją oryginalnością i wyszukanym smakiem. W tym przypadku "Królestwa łabędzi" obyło się bez tego typu elementów i muszę przyznać, że jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Cieszę się, że Egmont postawił na nieco inną historię, która od samego początku kojarzyła mi się z jedną z najpiękniejszych baśni współczesnego świata. Być może zabrakło w niej zwrotów akcji i spektakularnego zwycięstwa dobra nad złem, jednak jestem pewna, że odzwierciedliła ona wiele innych wartości, które powinny być zauważalne dla przeciętnego czytelnika. Niemalże na każdym kroku utożsamiałam się z główną bohaterką i miałam ogromną nadzieję, że uda jej się poukładać swoje sprawy i pewnego pięknego dnia powróci do swojego Królestwa i wspólnie z braćmi przywróci mu jego prawdziwy blask. Wydawać by się mogło, że Aleksandra będzie wzorcowym typem księżniczki, który znany jest w wielu innych powieści. Wielu autorów przygotowało dla nas kilka takich propozycji, jednak żadna z nich nie może się równać z tym co zrobiła dla nas Zoe Marriott. Aleksie do mojego ideału zabrakło kilku elementów, które bez wątpienia udoskonaliły jej sylwetkę, a mimo to poczułam się zachęcona do poznawania kolejnych dzieł angielskiej autorki.

"Królestwo łabędzi" to piękna opowieść o nastoletniej dziewczynie, która w jednej chwili straciła wszystko to na czym jej naprawdę zależało i co nadawało sens jej dotychczasowemu życiu. Jestem pełna podziwu dla tej bohaterki, że potrafiła odnaleźć w sobie energię do dalszej walki. Myślę, że wiele osób mogłoby jej pozazdrościć tego uporu i dążenia do wyznaczonych przez siebie celów. Spotkanie z lekturą tej powieści stanowiło dla mnie miłą przygodę i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miała do czynienia z równie miłym zaskoczeniem, które pozostanie we mnie na długi czas. W moim odczuciu Zoe Marriott spisała się na medal i będę to powtarzać do końca mych dni na tym świecie. Mam świadomość tego, że dla niektórych może się ona wydawać zbyt dziecinna, abyście chcieli poświęcić jej swój cenny czas. Uważam jednak, że powinno się do niej podejść bez zbędnych uprzedzeń, które mogłyby nas w jakikolwiek sposób rozkojarzyć i pozbawić pożądanego w tym przypadku obiektywizmu. Angielska autorka posługuje się przyjemnym stylem i ani trochę nie odczuwa się czasu, który poświęcamy na spotkanie z Aleksą i jej przyjaciółmi. Każdy z nas powinien przekonać się o jakości tego utworu na własnej skórze, ponieważ uważasz, że chociaż tyle mu się należy.

Wydawnictwo Egmont, marzec 2012
ISBN: 978-83-237-5035-2
Liczba stron: 264
Ocena: 7/10

czwartek, 28 marca 2013

Dariusz Rekosz - Pocztówka z Toronto

Muszę przyznać, że spodobała mi się okładka tej książki. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawiera ona w sobie niczego zachwycającego i spokojnie można byłoby ją wymienić na coś naprawdę wyjątkowego, a mimo to nie wyobrażam sobie tej powieści w innej oprawie graficznej. Od wielu już lat doceniam osoby, które w wykonywanej przez siebie pracy stawiają na szeroko pojętą prostotę i smak. Nie dlatego jednak sięgnęłam po lekturę tego utworu. Dużo większą rolę w tym wszystkim odegrał intrygujący opis, który od początku do samego końca, zachęca Moli Książkowych do spędzenia kilku godzin z powieścią napisaną przez Dariusza Rekosza.

Monika po śmierci swojego ojca, zmuszona została do skromnego życia u boku matki, która starała się utrzymać swoją dwuosobową rodzinę. Momentami w ich domu bywało naprawdę ciężko i choć przeciwności losu dwoiły się i troiły, to ani przez chwilę nie pozwalały sobie na to, aby pokazać światu towarzyszące im każdego dnia cierpienie. Pewnego dnia do klasy dziewczyny dołącza nowy uczeń, który przedstawia się wszystkim jako Dominik. Główna bohaterka podchodzi do nowego kolegi z lekkim dystansem i nieukrywaną ciekawością, która sprawia, że z czasem zaczyna być o Mrówkę nieco zazdrosna. Relacje między uczennicami zaostrzają się i z biegiem czasu przestaje się to wydawać czymś nadzwyczajnym. Czy Monice uda się naprawić relacje z przyjaciółką?

Spotkanie z lekturą tej książki sprawiło, że przestałam wierzyć opisom fabuły, które każdorazowo umieszczane są na okładkach wydawanych powieści. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze bywa tak jakbyśmy sobie tego życzyli i nie wszystko musi być wykonane pod linijkę, jednak istnieją jakieś normy, których pod żadnym pozorem nie powinno się przekraczać. Osoby pracujące nad tą pozycją literacką przekroczyli wszystkie granice i mam wrażenie, że nie przeczytali oni ani jednej strony tego utworu. Obawa przed nieświadomym spojlerowaniem hamuje mnie od wskazania Wam błędów, z którymi przyszło mi się zmierzyć w trakcie obcowania z dziełem Dariusza Rekosza. Kilka z nich widać już w poprzednim akapicie tej recenzji i choć starałam się jak mogłam by zachować dystans do twórczości polskiego autora, to z wielkim trudem przyszło mi dotrzeć do ostatnich stron tej powieści. Złożyło się na to wiele czynników i o dziwo żaden z nich nie miał ścisłego związku z jakością i walorami artystycznymi "Pocztówki z Toronto". Chodzi mi tu raczej o pierwsze wrażenie, które wzbudziło we mnie tyle negatywnych emocji, że nie byłam w stanie skupić się na niczym innym. Pierwsze wrażenie bywa dla wielu czytelników czymś niezwykle ważnym i to właśnie ono sprawia, czy polecamy dany utwór innym Molom Książkowym, czy też dajemy sobie z nim spokój.

Brakuje mi słów, którymi mogłabym opisać wrażenia, które towarzyszyły mi w trakcie poznawania historii Moniki. Czas spędzony w towarzystwie tej książki okazał się naprawdę fajnym doświadczeniem. Pozostanie ono we mnie na długi czas i z całą pewnością będę ją polecać swoim młodszym podopiecznym. Od dość dawna nie miałam do czynienia z powieścią dla młodzieży, która ujęłaby mnie swoją prostotą i brakiem manipulacji, która dość często pojawia się w tego typu utworach. Cieszę się, że nie miałam do czynienia z kolejną użalającą się nad sobą bohaterką. Wbrew pozorom Monika była naprawdę silną osobą, która wbrew przeciwnościom losu, starała się czerpać z życia ile się tylko da. Dlatego właśnie jestem wdzięczna p. Dariuszowi za stworzenie naprawdę przyjemnej pozycji literackiej. Mam nadzieję, że w przyszłości dane mi będzie poznać kolejne jego dzieła i tym razem obejdzie się bez nieporozumień, które bez wątpienia wpływają na jej niekorzyść. "Pocztówkę z Toronto" polecam przede wszystkim młodzieży, ale i również wszystkim innym, którzy mają ochotę zapoznać się z historią nastoletniej Moniki. Być może nie będziecie nią w pełni usatysfakcjonowani, ale czas spędzony w jej towarzystwie nie powinien okazać się straconym.

Wydawnictwo Egmont, marzec 2013
ISBN: 978-83-237-5316-2
Liczba stron: 144
Ocena: 6/10

niedziela, 24 marca 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk - Wystarczy, że jesteś

Twórczość Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk dała mi się we znaki dzięki powieściom, które zostały napisane dla dorosłych czytelników. Od samego początku wspominałam je z pewnego rodzaju sentymentem i to właśnie on sprawił, że zdecydowałam się na zapoznanie się z utworem, który został stworzony w myślą o nastoletniej grupie Moli Książkowych. Co prawda wciągnęłam tę książkę w zaledwie kilka godzin, jednak pozostawiła ona wie mnie wiele sprzecznych myśli, które do tej pory nie są w stanie się właściwie uformować. Zacznijmy jednak od samego początku tej niezwykłej historii.

Weronika podchodzi do swojego życia z ogromną dawką pesymizmu. Niemalże na każdym kroku przypisuje sobie jakiejś negatywne cechy, które sprawiają, że nie jest ona w stanie uwierzyć we własne możliwości i kryjące się w jej wnętrzu piękno. Przy życiu utrzymuję ją marzenie o poznaniu chłopaka, który stałby się dla niej kimś na wzór zmierzchowego Edwarda i który chroniłby ją przed wszelkim złem tego świata. Czy dziewczynie uda się uwierzyć we własne możliwości i zmieni podejście do otaczającej ją rzeczywistości? Czy będzie w stanie zaakceptować siebie taką jaką jest? Czy spotka ona na swojej drodze mężczyznę, którego pokocha prawdziwą i szczerą miłością, a on odwzajemni to uczucie?

Przyznam się bez bicia, że przez pierwszych kilkadziesiąt stron miałam ogromną ochotę, aby odłożyć lekturę tej książki z powrotem na półkę. Muszę przyznać, że nie przepadam zbytnio za użalającymi się nad sobą bohaterkami, które zamiast wziąć się za siebie i walczyć o własne szczęście, zamykają się w czterech ścianach i jedyne na czym skupiają swoją uwagę to powieść z mało realną miłością w tle. Jestem w stanie zrozumieć, że Weronika przeżywała ciężkie chwile i trudno było jej się odnaleźć wśród ludzi dla których liczyły się pieniądze, oryginalne ciuchy i imponująca pozycja towarzyska. Większość znajomych z klasy odzywa się do dziewczyny jedynie wtedy, gdy liczą na jej pomoc z zadaniem domowym, czy też sprawdzianem. W wielu innych przypadkach jest przez nich niezauważana, a nawet wyśmiewana. Wszystko do czasu, gdy spotyka na swojej drodze czarującego chłopaka, który towarzyszył jej w trakcie jazdy pociągiem z Warszawy do Wrocławia. W trakcie tych kilku godzin złapali ze sobą całkiem dobry kontakt i z wielkim trudem udało im się rozstać. Oboje przypadli sobie do gustu na tyle, ze po powrocie do rodzinnego miasta, postanowili spotykać się znacznie częściej. Wydawać by się mogło, że główna bohaterka jest wreszcie szczęśliwa i nic nie będzie w stanie zburzyć jej wewnętrznego spokoju. Z biegiem czasu, Weronice zaczyna ciążyć zawód Filipa i ma wrażenie, że w ich związku zaczyna się dziać coś niezwykłego. W tym samym czasie do gry powraca również Marek, który rok wcześniej pomógł jej zgłosić na policji kradzież telefonu.

"Wystarczy, że jesteś" to historia młodej dziewczyny, która w dalszym ciągu poszukuje swojego sensu w życiu. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie powinnam oceniać jej zbyt surowo z kilku powodów, jednak jest to silniejsze ode mnie. Jestem niemalże pewna, że wiele nastolatek widzi w Weronice lustrzane odbicie samej siebie. Przy odrobinie szczęścia poczujemy łączącą je więź, a także ogromną ilość nadziei, która budzi się w nich w trakcie poznawania tego utworu. Nie twierdzę, że utwór napisany przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk jest beznadziejny. Wydaje mi się po prostu, że dużo właściwiej byłoby wziąć się za jego czytanie już kilka lat temu, gdy sama byłam nastolatką. Być może wtedy moje spotkanie z lekturą tej pozycji literackiej, okazałoby się strzałem w dziesiątkę i nie musiałabym się zastanawiać na tym, czy aby naprawdę nie oceniam jej zbyt surowo. Zastanawiam się tylko, dlaczego wszyscy uparli się na ten "Zmierzch". Zdaję sobie sprawę, że całość tego cyklu stała się pewnego rodzaju ikoną prawdziwej miłości i idealnego związku, jednak w dalszym ciągu nie jestem przekonania do jego roli w tym utworze. W końcu jest tyle piękniejszych książek, których można byłoby użyć w tym celu. Nie mniej jednak uważam, że powieść polskiej autorki czytało mi się całkiem przyjemnie, a momentami wręcz fantastycznie. Cieszę się jednak, że w decydującym momencie zostałam wyprowadzona w pole i nie udało mi się przewidzieć jej zakończenia.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2009 rok
ISBN: 978-83-10-11735-9
Liczba stron: 296
Ocena: 6/10

niedziela, 3 marca 2013

Richelle Mead - Złota Lilia

Nigdy bym się nie spodziewała, że niezobowiązujące spotkanie z jakąkolwiek lekturą, będzie w stanie odmienić całe moje dotychczasowe życie. Właśnie wtedy w moje ręce trafił pierwszy tom "Akademii Wampirów" i poczułam, że w moich nastoletnim życiu, nadszedł czas poważnych zmian. Z dnia na dzień zaczęłam coraz więcej czytać, a historia Rose i Dymitra skutecznie mnie do tego motywowała. Uwielbiałam obserwować ich treningi, a także problemu, które nieustannie pojawiły się na drodze ku ich szczęściu. Potem przyszedł czas na wielkie pożegnanie i powrót tych bohaterów w nieco innej odsłonie. Pierwsze skrzypce należą bowiem do nieustraszonej alchemiczki, która zgodziła się przewodniczyć niezwykle niebezpiecznej misji.

Sidney Stone spotyka się ze swoimi przełożonymi w sprawie dalszego losu swojego dawnego "partnera". Poproszona o opinię na temat zaangażowania Darnella w losy wampirów, zgodnie z prawdą opowiadała na zadane jej przez alchemików pytania i gdy tylko uzyskała zgodę na opuszczenie miejsca przesłuchania, pierwszym lotem wraca do Palm Spring. Dziewczyna spodziewała się sporych zaległości w ratowaniu z opresji swoich przyjaciół, którym nie brakowało pomysłów i którzy robili wszystko co w swojej mocy, aby nie rzucać się zbytnio w oczy, jednak nigdy by nie pomyślała, że jeden z jej szkolnych kolegów poczuje potrzebę, aby ją zeswatać. Jak dalej potoczą się losy Sidney i jej podopiecznych? Czy uda jej się ujarzmić Angeline, która nie potrafi się odnaleźć w nowym środowisku? Czy prowadzone przez Sonie Karp i Dymitra Bielikowa badania, pozwolą im odpowiedzieć na dręczące wszystkich pytania? 

niedziela, 24 lutego 2013

Caroline Lawrence - Sprawa trzech desperado

Zauroczyła mnie okładka tej książki i jej delikatne powiązane z westernami. Nigdy nie miałam z nimi do czynienia, więc chciałam przekonać się, czy opowiadane w ten sposób historie, przypadną mi do gustu i sprawią, że spędzę miłe chwile w towarzystwie ludzi, którzy mają zupełnie inne podejście do życia i zaspokajania swoich potrzeb. Wiązałam z tym utworem ogromne nadzieję i muszę przyznać, że mimo licznych niedoskonałości, idealnie nadają się ona na niezobowiązujące lekturę dla nieco młodszych czytelników. Zacznijmy jednak od samego początku.

Pinky Pinkerton staje się świadkiem śmierci swoich przybranych rodziców. Matka dwunastolatka wyjaśnia mu, że za wszystkim stoi grupka niebezpiecznych desperado, którzy są w stanie zrobić naprawdę wiele, aby wejść w posiadanie niezwykle wartościowego dokumentu. Zgodnie z radą swoich opiekunów, chłopiec ucieka do Virginia City i od tej pory rozpoczyna się jedna z największych przygód jego życia. Niespodziewanie dowiaduje się również, że ścigający go przestępcy są jednymi z najbardziej niebezpiecznych w całej okolicy i tak naprawdę, żarty się skończyły. Czy głównemu bohaterowi uda się przetrwać? Jakie przeciwności losu czekają na niego w mieście, przed którym przestrzegał go ojciec?

środa, 20 lutego 2013

C.J. Daughery - Wybrani

Bardzo ciekawią mnie powieści dla młodzieży, które opowiadają swoim czytelnikom historie niezwykłych szkół. Obcowanie z ich uczniami stało się dla mnie niczym narkotyk i nie wyobrażam sobie chwili, w której miałabym zrezygnować z tej przyjemności. Takim właśnie sposobem pokochałam Hogwart, Akademię Świętego Władymira, a także Akademię Mitu. To właśnie one ukształtowały we mnie potrzebę poszukiwania tego typu utworów i mam nadzieję, że znajdę ich w swoim życiu jeszcze wiele.

Nastoletnia Allie zostaje wysłana przez rodziców do Akademii Cimmeria - niezwykle elitarnej szkoły, do której uczęszcza młodzież z wielopokoleniowymi tradycjami. Niewielu ludzi wie o jej istnieniu i nie ma nawet najmniejszych szans, aby mógł się do niej dostać ktoś z zewnątrz. Dziewczyna nie jest zadowolona z podjętej przez rodziców decyzji, jednak zdaje sobie sprawę z tego, że za żadne skarby świata nie zgodzą się na przedwczesny powrót córki do domu. Główna bohaterka stara się dostosować do panujących w Cimmerii zasad i choć na samym początku, zasłużyła sobie na szlaban u jednego z najbardziej wymagających nauczycieli, nabiera wprawy i robi wszystko, aby jak najskuteczniej ich uniknąć. Od pierwszych chwil pobytu w szkole, Allie zaczyna zauważać, że dzieje się w niej coś tajemniczego i ma to ścisły związek z organizacją, która znana jest wszystkim jako Nocna Szkoła. Żaden z uczniów nie wie czym ona się zajmuje, ani kto należy do zacnego klubu wybrańców. Na terenie całej Cimmerii, stanowi ona temat tabu i nikt nie ma prawa do rozmów na jej temat. Jak dalej potoczą się losy nastoletniej bohaterki? Na jakich warunkach została ona przyjęta do Akademii, skoro nie spełniała kryteriów, które wymagane były od jej pozostałych uczniów?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy