Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2015

Jill Shalvis - Szczęśliwa przystań

Z twórczością Jill Shalvis zetknęłam się po raz pierwszy w maju 2012 roku i muszę przyznać, że niemalże w tej samej chwili straciłam dla niej głowę. Zupełnie nie spodziewałam się ze swojej strony aż tak pozytywnego odbioru jakiegokolwiek romansu i gdyby znalazł się życzliwy człowiek, który powiedziałby mi, że w towarzystwie "Oczarowanej" przepadnę, prawdopodobnie wyśmiałabym delikwenta i bez wątpienia podeszłabym do lektury tej książki ze sporym dystansem. Tymczasem dane mi było pominąć wszystkie te elementy i na spokojnie zaznajomić się z niezwykle subtelną historią, choć nie zabrakło w niej również mocniejszych momentów i to właśnie one sprawiły, że obiecałam sobie, że nie spocznę dopóki nie zdobędę i nie przeczytam pozostałych powieści amerykańskiej pisarki. 

Bajeczne miasteczko Lucky Harbor, te samo, które niegdyś połączyło losy trzech przyrodnich sióstr: Tary, Maddie oraz Phoebe, ponownie staje się miejscem, gdzie kobiety wspólnymi siłami starają się walczyć z dotykającymi je przeciwnościami losu. Kiedy życie najstarszej z nich rozpada się na milion małych kawałków, bohaterka postanawia na stałe osiedlić w miasteczku i pomóc najbliższym sobie osobom w renowacji i prowadzeniu, odziedziczonego po matce hotelu. Stopniowo Tara zaczyna odzyskiwać panowanie nad swoją egzystencją, jednak w tym samym czasie okazuje się, że pewien przystojny żeglarz stworzył dla niej zupełnie inny scenariusz na życie. Czy kobieta zrobi wszystko co w swojej mocy, by być szczęśliwą? Jaką rolę w całej tej sytuacji odegra nowa sympatia Stalowej Magnolii?

Zakochałam się w tej książce, choć muszę przyznać, że jest ona nieco słabsza od "Oczarowanej". Nie mniej jednak została ona naprawdę sprawnie napisana i spotkanie z nią można uznać za jak najbardziej udane. Obcując z historią przedstawioną nam przez Jill Shalvis poczułam się tak jakbym sama była częścią wydarzeń mających miejsce w Lucky Harbor. Z całą pewnością nie utożsamiałam się z głównymi bohaterami tej lektury, ale miałam nie odparte wrażenie, że dane mi jest obserwować to wszystko ze stosunkowo bliskiej odległości. Na kilka krótkich chwil sama stałam się mieszkanką tego bajecznego zakątka i całym sercem wspierałam ich decyzje. Po raz kolejny mamy do czynienia z bohaterami, którzy posiadają na swoim koncie spory bagaż doświadczeń, więc nic dziwnego, że w wielu przypadkach po prostu boją się zaryzykować, by ponownie spróbować zawalczyć o własne szczęście. Muszę przyznać, że Tara jest postacią, która intrygowała mnie od samego początku. Już w pierwszej chwili skojarzyła mi się z Natalią Anną Sucharską, bohaterką fenomenalnej powieści "Natalii5", choć to właśnie Stalowa Magnolia wywarła na mnie o wiele bardziej pozytywne wrażenie i z całą pewnością pozostanie ona w moich myślach na bardzo długi czas, choć jej siostrom również niczego nie brakowało.

"Szczęśliwą przystań" chciałabym polecić osobom lubującym się w lekkich i zarazem niezobowiązujących powieściach, które pozwalają im na przeniesienie się do zupełnie innej rzeczywistości. Książka ta z całą pewnością wpisze się w wasze gusta czytelnicze i sprawi, że spędzą one efektywnie czas w towarzystwie trzech uroczych kobiet, a także kręcących się wokół nich mężczyzn. Ponadto utwór został napisany przy pomocy całkiem fajnego języka, który dodatkowo podkręca mające w nim miejsce wydarzenia. Z całą pewnością powrócę do lektury tej pozycji literackiej za jakiś czas, ponieważ uważam, że naprawdę jest ona tego warta.

Moja ocena: 7/10

czwartek, 7 maja 2015

Jodi Picoult - Przemiana

Niektóre książki sprawiają, że człowiek zaczyna mieć tremę przed rozpoczęciem zapoznawania się z nimi. Zdarzają się bowiem przypadki, gdy dla własnego dobra musimy przełożyć ten moment na czas bliżej nieokreślony. Nie zawsze jesteśmy w stanie należycie docenić problemów, które zostają poruszane w tworzonych przez pisarzy pozycjach literackich, a męczenie się z czymś na siłę nie ma według mnie najmniejszego sensu. Dlatego też niezwykle ważne wydaje się być odłożenie danej pozycji z powrotem na półkę i powrócenie do niej w o wiele bardziej sprzyjającej ku temu chwili. Z tych samych powodów zabrałam się za czytanie "Przemiany" prawie półtora roku po pierwszym zetknięciu się z nią i ani przez chwilę nie miałam sobie za złe tego, że została ona przeze mnie dokończona po tak długim czasie. Zdaję sobie sprawę z tego, że dopiero teraz tak naprawdę dojrzałam do tego, by w pełni zrozumieć poruszoną w tej książce tematykę i choć pisanie o niej w dalszym ciągu sprawia mi duże problemy to wydaje mi się, że powieść ta jest na tyle istotna, że nie potrafiłabym przejść obok niej obojętnie i nie wspomnieć o niej na blogu, choćby miałoby się to odbyć przy pomocy kilku krótkich zdań. 

June Nealon jest szczęśliwą żoną i matką, gdy nagle dowiaduje się o tragicznej śmierci swojego pierwszego męża. Kobieta może jednak liczyć na wsparcie miejscowego funkcjonariusza policji, w którym jakiś czas później się zakochuje i postanawia z nim stworzyć szczęśliwy związek. Głównej bohaterce nie dane jest jednak żyć w pełnej rodzinie, bo już kilka lat później ponownie traci ważne dla siebie osoby: męża oraz córkę z poprzedniego małżeństwa. Co prawda sprawca zbrodni zostaje schwytany, a sąd skazuje go na karę śmierci, jednak nawet takie środki nie są w stanie ukoić serca kobiety, która w bestialski sposób została pozbawiona najbliższych. Przy życiu trzyma ją jedynie myśl, że nosi pod sercem dziecko swojego ukochanego i to właśnie dla niego musi nauczyć się walczyć z najrozmaitszymi przeciwnościami losu. Tym bardziej, że wraz z upływem czasu okazuje się, że Claire choruje na bardzo ciężką wadę serca i jedyną szansę na przeżycie umożliwia jej przeszczep organu, który dziewczynka mogłaby otrzymać od mężczyzny, który przed laty stał się mordercą jej bliskich. W jaki sposób zakończy się ta niezwykła historia?

Jodi Picoult stworzyła powieść, która podobnie jak jej poprzedniczki, na bardzo długi czas pozostanie w mojej pamięci. Nigdy w życiu nie chciałabym znaleźć się na miejscu głównej bohaterki i mam nadzieję, że los nie doświadczy mnie w przyszłości podobnymi przeciwnościami losu jak June. Powinniśmy być dumni z pisarzy poruszających w swoich książkach trudne tematy, a w moim odczuciu amerykańska autorka stoi na samym szczycie listy tychże osób. Do tej pory przeczytałam około piętnastu powieści Jodi Picoult, ale chyba jeszcze żadna aż tak bardzo nie skłoniła mnie do szeroko pojętych przemyśleń. Gwarantuję więc, że nie jest to książka, z którą potencjalny Mól Książkowy byłby w stanie się zapoznać podczas jednego spotkania. Podobnie jak w przypadku innych powieści tej autorki i tym razem mamy do czynienia z pełną gamą różnorodnych emocji i tylko od nas samych zależy, w którą stronę podążać będą nasze wszędobylskie refleksje.  Warty uwagi w tej powieści jest bowiem nie tylko wątek kobiety, która straciła w życiu niemalże wszystko to co najważniejsze, ale i również historia mężczyzny skazanego na śmierć za podwójne morderstwo. Niektórym w tej powieści może nie odpowiadać fakt, iż znajdujemy w niej pewnego rodzaju nawiązanie do wierzeń religii chrześcijańskiej, a mianowicie cudów, których dopuścił się sam Jezus Chrystus. 

Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu może to przypaść do gustu, choć osobiście uważam, iż całość doskonale się ze sobą komponowała. W każdym razie, o wiele bardziej niż ogólna sytuacja kapelana więziennego, który przychodził z posługą kapłańską do samego Shay'a Bourne'a. Miałam wrażenie, że ze strony kapłana była ona nieco sztuczna i choć do pewnego stopnia jestem w stanie to zrozumieć to wydaje mi się, iż nieco inaczej powinno się to wszystko potoczyć. Oczywiście jestem świadoma tego, że nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji i niezwykle łatwo jest mi mądrować się na ten temat. Moim zdaniem, nie ma jednak rzeczy niemożliwych do wypracowania, więc zamiast mazać się, człowiek powinien zacząć działać i czym prędzej naprawiać popełniane błędy. Nie byłabym sobą, jeśli nie wspomniałabym o naprawdę zakończeniu tej powieści. W trakcie czytania kilkudziesięciu ostatnich stron, amerykańska pisarka zaskoczyła mnie aż czterokrotnie i na dobrą sprawę nadal nie uzyskałam odpowiedzi na niektóre z nurtujących mnie pytań. One zostały udzielone na łamach "Przemiany", jednak wymagają one niezwykle uważnego wczytania się w treść, ponieważ jest to jeden z tych utworów literackich, które można czytać wielokrotnie i za każdym razem odkrywa się coś nowego.


Moja ocena: 9/10

środa, 29 kwietnia 2015

Olga Rudnicka - Do trzech razy Natalie

Jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku, choć tak naprawdę z wielką niecierpliwością wypatrywałam jej już od chwili, gdy ponad dwa lata temu zakończyłam swoją przygodę z poprzednim tomem tej serii. Szczerze mówiąc Olga Rudnicka jest chyba pierwszym twórcą powieści, który aż tak bardzo poprawiłby mi humor już po kilkunastu pierwszych przeczytanych stronach. Podobnie było zresztą z moim Bratem, choć w jego przypadku wszystko zaczęło przychodzić dopiero z czasem. Namawianie go do zapoznania się z tym cyklem zajęło mi swojego czasu aż dwa miesiące, bo choć zdawałam sobie sprawę, że gustuje on w zupełnie innym gatunku literackim to chciałam się przekonać, czy i na nim wywrze ona podobne wrażenie. Wkrótce okazało się, że i Młody nie miał żadnym szans w zetknięciu z pięcioma Pannami Sucharskimi, ponieważ w mig zademonstrowały mu, iż działają na ludzi niczym najdoskonalszy narkotyk, którego jak raz człowiek posmakuje to szybko przekona się, że nie jest się w stanie nad nim zapanować i dopóki oczy nie zobaczą jego ostatniej strony, dopóty od powieści tej nie odejdzie. Narozrabiała ta nasza rodzima autorka i w dalszym ciągu bezwstydnie stara się zaskoczyć swoich czytelników coraz to nowymi pomysłami na tworzone przez siebie powieści. 

Siostry Sucharskie za sprawą swoich mężczyzn decydują się na spontaniczny wyjazd do Międzyzdrojów. To właśnie w tej nadmorskiej miejscowości postanowiły one odpocząć od trudów życia codziennego i przy okazji dać nauczkę partnerom, którzy przyczynili się do tego, że kobiety straciły cierpliwość, spakowały swoje walizki i ruszyły na podbój polskiego morza. Nie mija jednak kilka dni a Nata, Magda i Natka całkiem przypadkiem wplątują się w kolejną intrygę kryminalną i tym razem na ich celowniku znajdują się przestępcy stojący za włamaniami do hoteli, a także morderstwem bezbronnej kobiety. Czy bohaterkom uda się wyjść bez szwanku z całej tej sytuacji i co wspólnego z tym wszystkim ma zakupiony przez gości weselnych kupon totolotka? Jakie niebezpieczeństwa czekają na Sucharskie zanim zdecydują się one na powrót do odziedziczonego po ojcu domu? Czy mężczyźni wybaczą im porzucenie jakiego dziewczyny się dopuściły i pomogą swoim ukochanym w szczęśliwym zakończeniu całej sprawy?

Po raz pierwszy jest mi trudno powiedzieć chociażby kilka słów na temat twórczości Olgi Rudnickiej, która jak wspomniałam wcześniej, zawsze wywierała na mnie dość pozytywne wrażenie. Nie mogę powiedzieć, że "Do trzech razy Natalie" mnie rozczarowała, ponieważ autorka miała naprawdę fajny namysł na napisanie tej książki i gdyby aż tak bardzo nie poniosła jej wyobraźnia to jestem pewna, że i tym razem byłabym zachwycona do granic swoich możliwości. Zabrakło mi w tej powieści dobrze znanego poczucia humoru, który w tym przypadku wydał się być pisany na siłę, a dialogi między głównymi bohaterkami a ich życiowymi partnerami straciły na swoim uroku. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ich związki trwają już od jakiegoś czasu, a więc i relacje wchodzą na inny stopień wtajemniczenia, jednak w dalszym ciągu czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Na poszczególne karty tej pozycji literackiej zaczęła wkradać pewnego rodzaju nuda i to właśnie ona sprawiła, że siostry Sucharskie straciły sporą część swojego uroku, a przecież w normalnych warunkach one wcale nie dopuściłyby do takiej sytuacji, a więc dlaczego autorka nie była w stanie zadbać o ich interes?

Byłabym niesprawiedliwa mówiąc, że całość tej książki w ogóle mi się nie podobała, bo mimo wszystko odczuwam w stosunku do niej pewnego rodzaju sentyment. Cieszę się, że po raz kolejny miałam okazję spotkać się z tak doskonale znanymi mi bohaterkami. Nigdy wcześniej nie spotkałam równie wielkich wariatek, które w równie dużym stopniu kłóciłyby się ze sobą, a jednocześnie nie pozwoliłyby zrobić sobie nawzajem żadnej krzywdy i jeśli ktoś próbował zadrzeć z chociażby jedną z sióstr Sucharskich to musiał się liczyć z faktem, że tym samym będzie miał do czynienia z pięcioma wiedźmami i ich dziećmi. W dalszym ciągu zdarzały się momenty, kiedy to chichrałam się jak norka i czułam, że jestem odpowiednią osobą na właściwym miejscu, jednak nie trwały one tak długo jak miało to miejsce w przypadku poprzednich tomów. Nie da się ukryć, że książka ta została napisana nieco na siłę i o wiele lepiej by było, gdyby autorka zatrzymała się z pisaniem tej serii na "Drugim przekręcie Natalii", aniżeli zabierała się za opisywanie ich dalszych perypetii. Mam wrażenie, że całość tej sytuacji jest swojego rodzaju walką z wiatrakami, ponieważ jestem również świadoma tego, że gdyby Olga Rudnicka zdecydowała się na stworzenie czwartego tomu tego cyklu to i tak sięgnęłabym po niego z wielką przyjemnością i nie czułabym przy tym większego rozczarowania. 

"Do trzech razy Natalie" to powieść znajdująca się na dość przyzwoitym poziomie, choć nie ukrywam, że nijak ma się ona do swoich poprzedniczek. Na dobrą sprawę nie powinniśmy w ogóle rozwodzić się na temat realności zdarzeń mających w niej miejsce, ale czy siostry Sucharskie mogłyby splamić swoje dobre imię czymś zwyczajnym i zarazem banalnym? Dlatego też polecam tę pozycję literacką wszystkim tym, którzy nie wyobrażają sobie życia bez Natalii, Anny, Naty, Magdy i Natki. Wydaje mi się, że osoby, które do tej pory nie miały do czynienia z twórczością tej polskiej autorki, czym prędzej powinni nadrobić swoje zaległości, ponieważ w moim odczuciu wielu innych polskich pisarzy powinno się od niej uczyć.


Moja ocena: 5/10 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Jodi Picoult - Już czas

Nie mam zielonego pojęcia jakimi słowami powinnam rozpocząć opinię na temat książki, która wywołała na mnie naprawdę duże wrażenie, a w dodatku jej autorką jest nie kto inny jak Jodi Picoult we własnej osobie. Wydawać by się mogło, że nie będzie już ona w stanie zaskoczyć swoich czytelników kolejnym oryginalnym pomysłem i że drobne schematy, mimowolnie wkradające się na poszczególne strony jej powieści sprawią, że ludzie zaczną odsuwać się niezwykłej twórczości tej pisarki. Tymczasem grono jej wiernych fanów ciągle ulega cudownemu rozmnożeniu, a i poszczególne książki autorki stają się coraz ambitniejsze i znajdują się na naprawdę wysokim poziomie. 

"Już czas" opowiada czytelnikom historię nastoletniej Jenny Metcalf. Dziewczyna za punkt honoru bierze sobie odnalezienie, zaginionej w niewyjaśnionych przez nikogo okolicznościach, ukochanej matki. Pomóc bohaterce w poszukiwaniach miała dwójka ludzi, którzy podobnie jak ona, dźwigali na swoich plecach spory bagaż doświadczeń. Serenity Jones przed laty uznawana była za jednego z najbardziej utalentowanych i zarazem skutecznych jasnowidzów w całych Stanach Zjednoczonych, któremu z czasem woda sodowa zaczęła nieco uderzać do głowy i między innymi przez to utraciła swój wewnętrzny dar. Virgil Stanhope natomiast był niegdyś detektywem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginięcia Alice Metcalf oraz śmierci jednego z jej współpracowników. Czy bohaterom uda się rozwiązań zagadkę tajemniczego zniknięcia badaczki słoni? Do jakich informacji dojdą dzięki swojej współpracy i czy staną się one życiowym morałem każdej z tych osób? 

Najnowsza powieść Jodi Picoult została przeze mnie przeczytana przed kilkoma tygodniami i muszę przyznać, że od tamtej pory nie ma dnia bym nie wracała myślami do ukazanej na jej łamach, treści. Zostałam przez autorkę mile zaskoczona i zauroczona, a fragmenty książki, poświęcone Alice i jej badaniom nad słoniami rozkochały mnie w sobie bez pamięci. To właśnie one przybliżyły mi nieco bardziej życie tych egzotycznych zwierząt i zarazem ukazały, że są one o wiele bardziej wyjątkowe, aniżeli wydawało mi to do tej pory. Strasznie żałuję, że prawdopodobnie nigdy nie będzie mi dane poobserwować ich na wolności, ponieważ jestem pewna, że ludzie mogliby nauczyć się od tych istot żywych poszanowania dla osób ze swojego bliskiego otoczenia, ale i również wszystkich innych. Obcowanie z przyrodą stanowi najdoskonalszą lekcją pokory jaką moglibyśmy sobie wymarzyć. Szkoda tylko, że tak niewielki procent naszej społeczności zadaje sobie odrobinę trudu, by doświadczyć jej na własnej skórze. 

Amerykańska pisarka ma to do siebie, że z niezwykłym wyczuciem i zaangażowaniem dobiera informacje, które chciałaby zawrzeć w pisanych przez siebie pozycjach literackich. Dlatego też poruszana przez nią tematyka w jej książkach wydaje się być jeszcze bardziej wyjątkowa i niepowtarzalna. Wielu autorów powinno więc brać przykład z Jodi Picoult i nieco bardziej ambitnie podchodzić do pisanych przez siebie powieści. Być może dzięki temu mieliby większą szanse na to, by tworzone przez nich pozycje literackie trafiały do szerszego grona czytelników i nie stawałyby się aż tak bardzo przewidywalne jak ma to miejsce w większości przypadków. Bohaterowie stworzeni przez twórczynią "Już czas" i tym razem są jedyni w swoim rodzaju. Każdy z nich został przez nią dokładnie przemyślany i dzięki temu stał się na swój sposób nietuzinkowy. Podobnie jak większość społeczeństwa popełniają oni liczne błędy, ale też dzięki ich postępowaniu jesteśmy w stanie nauczyć się o życiu co najmniej kilku wartościowych rzeczy. Tak samo było w przypadku perypetii, które dane nam jest przeżyć wraz z Jenny, Serenity i Virgilem. W końcu nie od samego początku ich relacje można było nazwać idealnymi lub chociaż poprawnymi. Każdy z nich posiadał trudną przeszłość, jednak na samym końcu czytelnikom dane było dojść do kilku pouczających wniosków, które nie wprost dane jest nam sformułować za pośrednictwem ich zachowania i różnych motywów kierujących tych bohaterów do poznania prawdy na temat tajemniczego zaginięcia Jenny. 

Najnowszą powieść Jodi Picoult chciałabym polecić zarówno wieloletnim fanom tej autorki, ale i również osobom nie mającym do tej pory do czynienia z jej twórczością. Pisarka po raz kolejny udowodniła, że tworzone przez nią książki zasługują na miano bestsellerów i są czymś znacznie więcej, niż zwyczajnymi czytadłami do poduszki. "Już czas" podobnie jak inne opiniowane przeze mnie powieści amerykańskiej autorki posiadają głębię, która nadaje im jeszcze większego uroku i wartości. Tak jak wspomniałam wcześniej, podziwiam ją za dokładność i pełne zaangażowanie w tworzone przez siebie książki. Moim zdaniem lepiej jest bowiem napisać jedną lub dwie książki rocznie i zrobić to z należytą dokładnością, aniżeli obrać sobie ambitniejszy temat na powieść i maksymalnie go spłycić, a niestety zdarzają się i tacy twórcy. Dlatego własnie uważam, że warto jest znaleźć odrobinę czasu i zapoznać się z historią Jenny i jej przyjaciół.


Moja ocena: 8/10

niedziela, 9 lutego 2014

Jodi Picoult - To, co zostało

Jodi Picoult to amerykańska pisarka, której twórczość wielbię ponad wszystko inne na świecie. Nasza przyjaźń narodziła się kilka lat temu, gdy w moje ręce trafiła fenomenalna "Karuzela uczuć". To właśnie ona uświadomiła mi, że najprawdziwsze perełki literackie trafiają do człowieka przez czysty przypadek. Od tamtej pory mocno kibicuje autorce, by kolejne spotkania ze stworzonymi przez nią książkami, okazały się dla mnie równie intrygujące i niezapomniane. Mijały miesiące i do mojego domu trafiały następne powieści Picoult. Nie każda powieść otrzymywała ode mnie najwyższą ocenę, jednak ilekroć musiałam zakończyć czytanie którejś z nich, robiłam to z ogromnym żalem. Podobnie było i w tym przypadku. Zacznijmy jednak od samego początku tej niezwykłej opowieści. 

Sage to dwudziestokilkuletnia kobieta, która od kilku lat uczęszcza na regularne spotkania "Pomocnych Dłoni". To właśnie tam poznaje ona uroczego staruszka, który z czasem staje się dla niej kimś w rodzaju przyjaciela. Pewnego dnia Josef prosi kobietę o wyświadczenie mu przysługi. Bohater zaczyna opowiadać jej wstrząsającą historię swojego życia. Z każdą kolejną chwilą dziewczyna jest coraz bardziej przerażona wyznaniami rozmówcy i w końcu decyduje się na powiadomienie o wszystkim FBI. Jak dalej potoczą się losy Sage i Josefa? Czy władzom uda się skazać mężczyznę za zbrodnie wojenne? Kim tak naprawdę jest spokojny staruszek, który w oczach całego miasta, uchodzi na niezwykle poczciwego i przyjaznego ludziom człowieka? Zacznijmy jednak od samego początku...

Muszę przyznać, że byłam sceptycznie nastawiona do poruszonego przez autorkę tematu. Zastanawiałam się nawet, czy nie lepiej byłoby odłożyć książkę na półkę, by powrócić do niej za kilka miesięcy. Na polskim rynku wydawniczym pojawiła się już bowiem masa tego typu powieści i mimo, że cenię sobie literaturę wojenną to zaczynam odczuwać w stosunku do niej zmęczenie materiału. Nie mniej jednak przemogłam się i rozpoczęłam jedną z największych przygód mojego życia. Jodi Picoult stworzyła poruszający i pełny napięcia utwór. Z przerażeniem spoglądałam na wydarzenia, które miały w nim miejsce i po raz kolejny dziękowałam Bogu, że mam to szczęście i nigdy nie musiałam przechodzić przez piekło na które zostali skazani Żydzi. Amerykańskiej pisarce niemalże w stu procentach udało się oddać klimat tamtych czasów i byłam pełna podziwu, że udało jej się wykonać aż tak dobrą robotę. Tym razem nie obeszło się jednak od pewnych zgrzytów, które raz po raz wybijały mnie z czytelniczego rytmu. Chodzi mi tutaj głównie o wydarzenia związane z życiem Minki. W czasie II Wojny Światowej przeżyła ona wiele ciężkich chwil, ale to właśnie do niej co rusz uśmiechało się szczęście. Obojętnie jak wielkie krzywdy nie spadałyby Żydów to dziewczyna wiecznie wychodziła z tego wszystkiego bez szwanku. Dla mnie osobiście było to strasznie naciągane i strasznie mi to w tej powieści przeszkadzało. Tak samo jak ostatnie sceny książki, które miały za zadanie wyjaśnić wszystko i oczywiście nikt niczego się nie domyślił.

Po przeczytaniu całości utworu uważam, że autorka mogłaby nieco dopracować postacie Minki i Sage. Osobiście czegoś mi w nich brakowało, a jeśli miałabym je porównać z przedstawionymi w powieści żołnierzami to wypadłyby one strasznie blado. Mole książkowi mogą się również przyczepić tego, iż amerykańska pisarka po raz kolejny skorzystała z charakterystycznego dla siebie schematu. Główna bohaterka oczywiście związała się z człowiekiem, który miał jej pomóc w rozwiązaniu problemu, a i wszystko wydarzenia mające miejsce w teraźniejszości zmierzały do przeniesienia swojej akcji do doskonale wszystkim znanej sali sądowej. Mamy tu więc do czynienia z czymś typowym dla Picoult, choć mi osobiście w żadnym momencie lektury to nie przeszkadzało. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że dla wielu osób tak skonstruowana powieść może stanowić nie lada wyzwanie. Chciałoby się rzec wielka szkoda, ale ja wciąż mam nadzieję na to, że ludzie mimo wszystko postawią na wartości pojawiające się w publikacjach amerykańskiej autorki i całkowicie zignorują wspomniany wyżej schemat. Dopiero podczas spotkania z "To, co zostało" uświadomiłam sobie, że Jodi Picoult jest pierwszą autorką, która w sposób dosadny przedstawia okrucieństwa związane z wojną. Moje wcześniejsze spotkania z tego typu literaturą pokazały mi, że większość pisarzy łagodzi wydarzenia opisywane w swoich publikacjach. Robią to poprzez użycie odpowiednich sformułowań i to właśnie wpływa na ich niekorzyść. Skoro piszemy o czymś poruszającym to powinniśmy to jeszcze bardziej podkreślić, a nie sprawiać, że człowiek czytając mrożących krew w żyłach wydarzeniach, zaczyna się nudzić. Cieszę się, że chociaż amerykańska autorka nie bała się postawić wszystkiego na jedną kartę i pokazała swoim czytelnikom, że naprawdę fajne powieści dopiero przed nią. Gorąco polecam!

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 27 maja 2013

Eva Weaver - Lalki z getta

II Wojna Światowa - okres w dziejach naszej historii, który znany jest już nawet uczniom najmłodszych klas szkół podstawowych. Fascynuje mnie ona odkąd rozpoczęłam swoją karierę naukową w gimnazjum i od tego czasu, stanowi on jedną z moich największych pasji. Strasznie żałuję, że ostatnimi czasy brakuje mi czasu na poznawanie coraz to nowych publikacji na ten temat. Dlatego właśnie ucieszyłam się na samą myśl o posiadaniu elektronicznej wersji tej książki. Umożliwiła mi ona zapoznanie się z jej treścią "Lalek z getta" w trakcie wyjątkowo nudnych zajęć, które cudem udało mi się przetrwać! Zacznijmy jednak od samego początku tej niezwykłej opowieści. 

Eva Weaver przedstawia czytelnikom historię kilkuletniego chłopca, który dziedziczy po swoim dziadku niezwykły płaszcz. To właśnie on pozwala mu na czasowe oderwanie się od wojennej rzeczywistości. Talent chłopca do niesienia nadziei innym mieszkańcom getta, odkrywa niemiecki żołnierz, który posiada dla Miki ściśle określone zadanie. Główny bohater zmuszony jest do zapewniania częstej rozrywki okupantom, a w zamian otrzymuje skromne wynagrodzenie, które pozwala mu na w miarę regularne dostarczanie pożywienia sobie i bliskim. Czy dane mu będzie dożyć końca wojny?

"Lalki z getta" czytało mi się nadzwyczaj dobrze i strasznie żałuję, że moja przygoda z lekturą tej powieści zakończyła się tak szybko. Historie pisane oczami dziecka od zawsze stanowiły dla mnie miłą odskocznie, która pozwalała mi na obserwowanie poznawanego problemu z zupełnie innej perspektywy. Nie spodziewałam się jednak, że w przypadku tego typu literatury, oddziaływanie to okaże się odpowiedni silniejsze i nie będę w stanie powstrzymać łez. Mika to wspaniały chłopiec, który nie miał większego wpływu na swoje życie. Od samego początku był on świadomy swojej niższości w otaczającym go społeczeństwie i wiedział, że być może jego dni na tym świecie zostały już policzone. Byłam pełna podziwu dla tego bohatera, że w obliczu wojny udało mu się odnaleźć zajęcie, które pozwalało mu zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości. Ciekawą historię ma nam również do zaproponowania niemiecki żołnierz, który zmusił Żyda do dodatkowej pracy, a jakiś czas później sam trafił na wywózkę. Obserwowałam wszystkie te wydarzenia z nieukrywaną mieszaniną przerażenia i strachu. Jestem wdzięczna Stwórcy, że dane mi jest żyć w zupełnie innych czasach i mam nadzieję, że pozostanie tak już do końca mych dni.

Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po ten utwór. Jestem niemal pewna, że odbierzecie ją równie entuzjastycznie, jak miało to miejsce w przypadku mojej skromnej osoby. Autorka posługuje się naprawdę barwnym piórem, który pozwala nam na jeszcze dokładniejszy odbiór wydarzeń, które zostały przedstawione czytelnikom w tej pozycji literackiej. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będzie mi dane sięgnąć po kolejną publikację brytyjskiej autorki. Tymczasem zabieram się za nadrabianie zaległości czytelniczych, które od jakiegoś czasu, piętrzą się na moich półkach i nie pozwalają mi o sobie zapomnieć.

Wyd. Prószyński i S-ka, kwiecień 2013

ISBN: 978-83-7839-501-0
Liczba stron: 384
Ocena: 8/10

czwartek, 2 maja 2013

Małgorzata Warda - Jak oddech

Małgorzata Warda znana jest czytelnikom ze wzruszającej powieści pod tytułem "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele". Od tamtej pory minęło jednak trochę czasu i stosunkowo niedawno do księgarni trafiła kolejna publikacja polskiej autorki. Muszę przyznać, że byłam strasznie ciekawa tej książki i nie mogłam się już doczekać chwili, w której dane mi będzie się w niej zagłębić. Nigdy bym się jednak nie spodziewa, że wywoła one we mnie tak wiele skrajnych emocji, które będą mi towarzyszyć przez wiele dni po jej zakończeniu. Mogłabym się nawet pokusić o stwierdzenie, że nigdy wcześniej nie zostałam aż tak mile zaskoczona. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będą miała okazję zapoznać się z kolejnymi utworami tej pisarki. Czekam na to z niecierpliwością!

Jasmin i Staszek znają się od najmłodszych lat swojego życia. Wychowywani oni byli przez swoje matki niczym rodzeństwo i wydawać by się mogło, że pozostanie tak już na zawsze. Bohaterowie spędzają z sobą każdą wolną chwilę i choć nie mają większych problemów z nawiązywaniem kontaktów z innymi dziećmi, to nie są im one do niczego potrzebne.  Jako nastolatkowie zakochują się w sobie i mimo wszelkich przeciwności losu, marzą o stworzeniu trwałego związku i dzieciach, którym ofiarowaliby wszystko co najlepsze. Niestety życie posiada zupełne inną wizję ich przyszłości i dziewczyna otrzymuje od bliskich wiadomość o zaginięciu jej ukochanego. Od tego momentu rozpoczyna się wyścig z czasem, jednak nic nie wskazuje na to, by policja miała jakiekolwiek szanse na odnalezienie dwudziestojednoletniego mężczyzny. Czy uda im się osiągnąć swój cel?

Małgorzata Warda stworzyła niezwykłą powieść, która już na zawsze pozostanie w sercach swoich czytelników. Całość historii zostaje nam ukazana z perspektywy Jasmin i to własnie ona zwierza się Molom Książkowym z dzieciństwa,  które dane jej było przeżyć u boku Staszka, ale i również z wydarzeń, które mają miejsce tuż po jego zaginięciu. Bez wątpienia wymaga to od niej ogromnego dystansu i obiektywnego podejścia do łączących ich niegdyś więzi. Dziewczyna niemalże przez cały czas zwraca się do swojego ukochanego i przypomina mu o chwilach, które dane im było razem spędzić razem. Wielokrotnie dzieliła ich duża odległość i nie miewali ze sobą kontaktu, jednak za każdym razem udawało im go nawiązać. Główna bohaterka nie jest w stanie zrozumieć motywu, który mógł skłonić porywaczy do uprowadzenia Staszka. Czy zniknięcie chłopaka miało jakikolwiek związek z wydarzeniami z przeszłości? Komu mogło zależeć na unieszkodliwieniu młodzieńca, który w zasadzie nikomu nie zawinił? Jak w zaistniałej sytuacji poradzi sobie dwudziestolatka? Do czego będzie w stanie się posunąć, by odnaleźć ukochanego?

"Jak oddech" posiada w sobie ogromny ładunek emocjonalny, którego nie da się opisać żadnymi słowami. Dlatego chciałabym polecić ten utwór wszystkim tym, którzy uważają, że mogliby wynieść z lektury tej książki coś o wiele więcej, niż mógłby na to wskazywać jej opis. Życie niejednokrotnie udowadnia nam swoją nieprzewidywalność i mam wrażenie, że najnowsza powieść Małgorzaty Wardy jest na to najlepszym dowodem. W głębi duszy miałam nadzieję, że skończy się ona zupełnie inaczej i choć nie do końca są nam znane losy Staszka, to każdy z nas może je sobie wytłumaczyć na własny sposób. Polska autorka umiejętnie posługuje się słowem pisanym i dzięki temu spotkanie z tą pozycją literacką wydaje się nam jeszcze doskonalsza. Muszę przyznać, że jestem strasznie ciekawa kolejnych publikacji tej pisarki. Jestem niemalże pewna, że spotkanie z nimi okaże się równie intrygujące i niezapomniane. Być może zabrzmi to trochę niewłaściwie, ale jestem dumna z tego, że posiadamy w swoim kraju tak genialnych twórców literatury i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę mile zaskoczona ich poczynaniami.

Wyd. Prószyński i S-ka, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-7839-488-4
Liczba stron: 344
Ocena: 9/10

niedziela, 21 kwietnia 2013

Chandra Hoffman - Dziecko do wzięcia

Strasznie obawiałam się spotkania z lekturą tej powieści. Nie byłam do końca pewna jej tematyki i tego, czy uda mi się podźwignąć ciężar wydarzeń, które zostaną poruszone na jej stronicach. Ogromny wpływ na to wszystko miał mój stosunek do dzieci, a także traktowanie ich przez osoby dorosłe. Staram się nie potępiać ich zachowania, jednak czasami przychodzą chwilę, gdy cierpliwość i chęć zrozumienia usuwają się w cień, a do głosu dochodzi ogarniające mnie poczucie sprawiedliwości i walka o dobro niewinnych istot. Z tego własnie zdecydowałam się na zapoznanie z utworem, którego autorką jest amerykańska pisarka Chandra Hoffman.

Chloe Pinter to niezwykła kobieta, które mocno zaangażowała się w wykonywany przez siebie zawód. Jako młody pracownik miejscowego ośrodka adopcyjnego, zmuszona jest do radzenia sobie w naprawdę trudnych sytuacjach, które stawiają przed nią zarówno przełożeni, jak i również osoby odwiedzający jej miejsce pracy. Pomoc innym staje się dla niej drugim domem, który dość skutecznie odciąga ją od myślenia na temat problemów osobistych. Czy głównej bohaterce uda się pogodzić ze sobie wszystkie obowiązki i odnajdzie jakiś konsensus? W jaki sposób poradzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością, a także sytuacją rodzinną par, które zwróciły się do niej o pomoc?

Nie będę ukrywać, że momentami byłam nieco zdegustowana postawą głównej bohaterki, a także jej stosunkiem do otaczającego ją świata. W swoim niespełna dwudziestotrzyletnim widziałam już dość wiele, jednak nigdy w życiu nie chciałabym, by życie zawodowe stało się dla mnie swojego rodzaju ucieczką od tego co jest tu i teraz. Nie oznacza to oczywiście, że na swój sposób nie ceniłam Chloe jako prawdziwego fachowca. Kobieta robiła bowiem wszystko, by jak najlepiej wypełniać swoje powinności, a jednocześnie nie była przy tym sztywną urzędniczką, która odgórnie traktuje wszystkich jako jedną masę i w zasadzie nie czerpie z tego żadnej przyjemności. Pod tym względem Pinter zaimponowała mi na tyle, że chętnie wynajęłabym ją jako specjalistę, który uczyłby innych ludzi życzliwego podejścia do swoich klientów. Oczywiście w owym szkoleniu wprowadzone zostałyby wcześniej drobne zmiany, jednak wychodzę z założenia, że tego typu kursy przydałyby się sporej części polskich urzędników. Obcowanie z Chloe i jej podopiecznymi, okazało się naprawdę ciekawym doświadczeniem, które pozwoliło mi jeszcze dogłębniej zrozumieć ludzi, którzy ze wszelkich sił chcieliby zostać rodzicami, jednak zrządzenie losu sprawia, że staje się to dla nich niemalże niemożliwe. Jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się być adopcja.

"Dziecko do wzięcia" ukazuje swoim czytelnikom powieść, która nie należy do najłatwiejszych i chyba nawet nikt nie odważy się przypisać jej podobnego określenia. W towarzystwie tego utworu spędziłam kilka wieczorów i jestem niemalże pewna, że posiada on ogromną szansę na dotarcie do serc setek tysięcy Moli Książkowych na całym świecie. Być może odebrałam jej treść zbyt osobiście i na swój sposób utożsamiłam się z parami, które nie miały możliwości spełniania się w roli kochających i zarazem troskliwych rodziców. Z drugiej strony autorka ukazuje nam również ludzi, którzy traktują potomstwo jako kartę przetargową do lepszego życia. Penny i Jason ledwo wiążą koniec z końcem. Z tego właśnie powodu decydują się na oddanie swojego nienarodzonego dziecka do adopcji. Do samego rozwiązania nie jest wiadome, czy utwierdzą się w swoim postanowienia, a może zmienią zdanie i zatrzymają je przy sobie. Pewne jest tylko tyle, że Chloe nie będzie miała z nimi łatwej pracy. Bardzo często dochodzi bowiem do sytuacji, w której ta dwójka zachowuje się nad wyraz roszczeniowo i traktuje swojego opiekuna jako osobę, która dopuściła się oszustwa i nie zrobiła wszystkiego, by w pełni wynagrodzić im ich stratę. Z tego właśnie powodu, chciałabym polecić publikację Chandry Hoffman osobą, które lubują się w tego typu historią i będą w stanie je w pełni docenić. Całość utworu czyta się naprawdę sprawnie i jeśli tylko nie będziecie potrzebowali chwili wytchnienia od wydarzeń w niej opisywanych, to jestem niemalże pewna, że nie zajmie Wam ona dłużej, niż jeden wieczór.

Wyd. Prószyński i S-ka, marzec 2013
ISBN: 978-83-7839-474-7
Liczba stron: 400
Ocena: 6/10

czwartek, 18 kwietnia 2013

Alyson Richman - Wojenna narzeczona

II Wojna Światowa jest etapem w historii świata, który interesuje mnie już od około dekady. Zdaję sobie sprawę z tego, że w przeciągu zaledwie kilku lat zginęło naprawdę wielu ludzi, a tysiące innych zostało rannych. Jestem również świadoma tego, że przyczynili się do tego ludzie, uważający się za wszechwiedzących bogów, którzy mają prawo decydować o losach całego świata. Dlatego właśnie staram się sięgać po różnego rodzaju zapiski z tamtych czasów, a także powieści umiejscowione na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Takim właśnie sposobem trafiłam na niezwykłą powieść Alyson Richman, która idealnie dostosowała się do moich czytelniczych preferencji.

Dwójka młodych ludzi zakochuje się w sobie tuż przed wybuchem II Wojny Światowej. Miłość ma dla nich ogromne znaczenie i z tego właśnie powodu, postanawiają spędzić z sobą resztę życia. Oboje zdają sobie sprawę z tego, że nie może być łatwo, jednak robią wszystko co w ich mocy, by osiągnąć choć namiastkę szczęścia, która należy się każdemu człowiekowi. Lena i Josef pobierają się i wydawać by się mogło, że spędzą z sobą wiele wspaniałych chwil. Niestety los ma dla nich zupełnie inne zadanie i już wkrótce zostają rozdzieleni na kilkadziesiąt długich lat. Czy uda im się poradzić z utratą długiej połówki? Czy będą w stanie ułożyć sobie życie na nowo, a może pozostaną sobie wierni aż do następnego spotkania?

Muszę przyznać, że "Wojenną narzeczoną" przeczytałam już kilka dni temu, ale dopiero dzisiaj poczułam się na siłach, by na spokojnie podzielić się z Wami uczuciami, które towarzyszyły mi w trakcie poznawania historii studentki Akadami Sztuk Pięknych i jej ukochanego. Stosunkowo często zdarza mi się sięgać po różnego rodzaju romanse, jednak żadnego z nich nie mogłabym porównać z publikacją Alyson Richman. Dzięki amerykańskiej autorce dane nam jest spojrzeć na miłość z nieco innej perspektywy. Bardzo często nie jesteśmy w stanie docenić piękna, które niesie za sobą prawdziwe uczucie i gdy tylko pojawiają się jakiekolwiek problemy, stajemy się bezwzględnymi egoistami i nie widzimy problemu w ciągłym zmienianiu swoich partnerów. Z perspektywy czasu widać, jak bardzo zmieniła się mentalność ludzi do związków i budowania rodziny. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu związek dwóch osób był traktowany jako coś nierozerwalnego, a w chwili obecnej wychodzimy z założenia, że możemy robić ze swoim życiem co nam się żywnie podoba i nie ważne są przy tym uczucia innych. Lena i Josef umożliwili mi powrót do opowieści moich dziadków, którzy poznali się niedługo po ukończeniu wojny i którzy mimo wielu przeciwności losu, przetrwali w swej miłości aż do śmierci. Cieszę się, że mogłam zapoznać się z ich historią, ponieważ otworzyła mi ona oczy na wiele spraw i sytuacji, które wydają się nie mieć w ogóle znaczenia. Nikt z nas nie zastanawia się bowiem nad tym co by było, gdybyśmy zostali rozdzieleni z naszymi partnerami, a w tle szalałaby krwiożercza wojna. Pokój wydaje nam się pewnikiem, który prawdopodobnie nie zostanie zburzony.

"Wojenna narzeczona" powinna stać się pozycją obowiązkową dla ludzi w różnym wieku. Już od dawna nie miałam do czynienia z lekturą, która w podobny sposób wpłynęłaby na moje postrzeganie świata. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie zmienić wszystkich i nie zmuszę nikogo zapoznania się z tym utworem. Chciałabym jednak przekonać Was do ofiarowania szansy powieści, która wywołuje w swoich odbiorcach ogrom emocji i niezapomnianych wrażeń. Bardzo często nie doceniamy własnej egzystencji i niestrudzenie narzekamy na swój los. Mimo wszystkich niedogodności możemy sobie pozwolić na naprawdę wiele rzeczy i nie musimy się przejmować się wytycznymi, które nieustannie nakładają na nas okupanci. Każdego dnia posiadamy na stole ciepły posiłek, ciepły kąt do spania, a także mamy możliwość do zagłębiania się w lekturach, które naprawdę nas zainteresują. Nie musimy się martwić o wiele rzeczy, które są obecnie dostępne, a jeszcze kilkadziesiąt lat temu stanowiły swojego rodzaju luksus, albo w ogóle nie można ich było zdobyć. Dlatego właśnie uważam, że Alyson Richman stworzyła powieść, która powinna zaciekawić wielu czytelników w różnym wieku. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie należy ona do najłatwiejszych lektur i niekiedy możemy poczuć się przygnębieni niektórymi wydarzeniami. Nie bójmy się jednak trudnych tematów i róbmy wszystko, by zapobiec sytuacjom, które tak naprawdę nie są potrzebne.


Wyd. Prószyński i S-ka, marzec 2013
ISBN: 978-83-7839-478-5
Liczba stron: 384
Ocena: 8/10

czwartek, 11 kwietnia 2013

Mirka Jaworska - Syndrom czerwonej hulajnogi

Czy zastanawialiście kiedykolwiek nad wychowywaniem dziecka niepełnosprawnego? Czy braliście pod uwagę trudności i ograniczenia, które towarzyszą rodzicom osób dotkniętych zaburzeniami? Czy okazujecie im odrobinę współczucia i zrozumienia, a może kierujecie się w życiu systemem własnych wartości i otwarcie eksponujecie wobec nich brak akceptacji i szeroko pojętą wrogość? Dlaczego nie zadajemy sobie odrobiny trudu aby zaczerpnąć choć odrobiny informacji na temat chorób, które dotykają najmłodszych członków naszej społeczności? Dlaczego niepełnosprawność kojarzy się tylko i wyłącznie z zaburzeniami w sferze ruchowej lub innymi defektami, które są widoczne od razu, a z tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka już nie?

Mirka Jaworska postanawia podzielić się z czytelnikami historią własnego życia. Od najmłodszych lat nie należało ono do najłatwiejszych i mimo licznych przeciwności losu, które spotkała na swojej drodze, nie poddała się i robiła wszystko, by być jak najbardziej szczęśliwa. Takim właśnie sposobem wyszła dwukrotnie za mąż i to właśnie one wzbogaciły ją o trzech cudownych synów. Nadali oni pełny sens jej egzystencji i choć choroba najmłodszego z nich spadła na nią i jej obecnego partnera dość niespodziewanie, to nie poddała się i robiła wszystko, by pomóc Michałowi w jak najlepszym przystosowaniu się do otaczającej go rzeczywistości. Czy kobiecie udało się osiągnąć swój cel i znalazła specjalistów, którzy pomogli jej w postawieniu trafnej diagnozy? Jak w swoim nastoletnim życiu radzi sobie sam zainteresowany?

Napisanie opinii na temat tej książki przychodzi mi ze sporym trudem i choć chciałabym, by całość tego postu była jak najmniej chaotyczna, to obawiam się, że przypadku tej powieści, nie jestem w stanie tego uczynić. Prawdopodobnie odebrałam ją zbyt osobiście i jest mi wstyd za niektóre instytucje, które zamiast pomóc człowiekowi i zrobić wszystko, by wesprzeć go w trudnych chwilach. W końcu po coś zostały one powołane i należy do poniekąd do ich obowiązku. W moim odczuciu autorka potraktowała je dość łagodne, a jednocześnie oddała pełen funkcjonowania niektórych z nich. Jestem z niej naprawdę dumna, ponieważ starała się jak tylko mogła, by zapewnić swojemu dziecku wszystko to co było mu potrzebne do względnie prawidłowego rozwoju. Mirka Jaworska spędziła naprawdę wiele czasu na przestudiowaniu setek książek, które pozwoliły jej zrozumieć zachowanie Michała. Ona jako pierwsza postawiła na autyzm i choć wielu specjalistów sugerowało bohaterce zupełnie coś innego, nie pozwoliła się zwieźć i zawoziła swojego syna do kolejnych placówek. Podobne doświadczenia i rozczarowania było im dane odczuć ze strony przedszkoli i szkół, które nie do końca akceptowały odmienność chłopca. Mimo, że wiele z nich posiadało w swoim statucie miano szkoły z oddziałami integracyjnymi, to w praktyce i tak wyglądało to zupełnie inaczej. Na większość tego typu sytuacji spoglądałam z nieukrywanym zdziwieniem. Być może jest to związane z kierunkiem studiów, który podjęłam prawie trzy lata temu i nieco lepszym zrozumieniem niektórych tematów.

"Syndrom czerwonej hulajnogi" to niezwykła opowieść o kobiecie, która wykazała się mocnym charakterem i stanowczością w dążeniu do wyznaczonych sobie celów. Myślę, że każdy z nas powinien zapoznać się z zapiskami rodziców, którzy zdecydowali się na podzielenie się własnymi doświadczeniami w wychowywaniu dzieci z różnego rodzaju zaburzeniami. Mówienie o własnym życiu jest niezwykle trudne i wymaga od człowieka ogromnego wysiłku. Dlatego właśnie jestem wdzięczna mamie Michała, że mogłam zapoznać się towarzyszącymi jej problemami. Muszę przyznać, że zaburzenia ze spektrum autyzmu zaczynają interesować mnie coraz bardziej i mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się zdobyć takiej doświadczenie w pracy z dziećmi autystycznymi. Pierwsze takie próby są już poniekąd za mną i choć wymagało to ode mnie sporego zaangażowania, wspominam ją z wielkim sentymentem. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będę miała okazję zapoznać się z kolejnymi publikacjami i spędzę w ich towarzystwie równie intensywne chwile. Po cichu liczę również na to, że okażą się one pierwszym krokiem w kierunku uświadamiania ludzi, że niepełnosprawność nie jest zaraźliwa i nie należy podchodzić do niej z wyraźnym wstrętem. Mirka Jaworska posługuje się naprawdę fajnym językiem i choć momentami bywa dość specyficznie, to i tak uważam, że stworzona przez nią autobiografia jest pozycją literacką, która zasługuje pełne zainteresowanie z naszej strony.

Wyd. Prószyński i S-ka, marzec 2013
ISBN: 978-83-7839-477-8
Liczba stron: 304
Ocena: 7/10

niedziela, 7 kwietnia 2013

Sam Pivnik - Ocalały

Historia stanowi jedną z moich największych pasji i choć ostatnimi czasy brakuje mi chwili wytchnienia na nadrobienie zaległości w tym zakresie, to nie byłam w stanie sobie odmówić lektury napisanej przez człowieka, który na własnej skórze odczuł piekło, które zgotowane zostało ludzkości w trakcie II Wojny Światowej. Nic tak nie wpływa na wyobraźnie czytelnika, jak historia opowiedziana mu przez osobę doświadczoną przez dane wydarzenie. To właśnie ona jest w stanie przekazać swoim odbiorcom realizm opisywanych chwil. Opowieści snute przez historyków nie oddają dramatu, który musiały przeżyć miliony Żydów. Z tego właśnie powodu zdecydowałam się na spotkanie ze wspomnieniami Sama Pivnika.

Sam Pivnik urodził się 1 września 1926 roku w Będzinie i tam właśnie dane mu było spędzić kolejnych kilkanaście lat. Wychowywany w wielodzietnej rodzinie chłopiec robił wszystko co w jego mocy, aby pomóc najbliższym w zapracowaniu na swoje utrzymanie. Nikt by się nie spodziewał, że najbliższe miesiące zamienią ich całe dotychczasowe życie w koszmar, którego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi. Niemcy zaczynają zajmować kolejne tereny zamieszkałe przez Polaków i Żydów, a tych ostatnich zaczynają traktować gorzej niż umierające z głodu zwierzęta. Stopniowo zabierane im wszystko to co pozwala im zachować swoje człowieczeństwo. Z biegiem czasu zaczyna dochodzić do masowych mordów, które odbierają tym ludziom nadzieje na lepsze jutro, a przecież każdy z nich modlił się o przetrwanie!

Spotkanie z lekturą tej książki okazało się dla mnie na tyle wyczerpujące, że  przez wiele godzin nie byłam w stanie wyartykułować prostego zdania. Sam Pivnik obdarzył swoich czytelników ogromną dawką emocji, które towarzyszą Molom Książkowym już od pierwszej przeczytanej strony i pozostają z nimi do samego końca. Holocaust sam w sobie jest czymś strasznym i naprawdę trudno jest przejść obok niego obojętnie. W dzisiejszych czasach powstaje coraz więcej publikacji, które dość skutecznie obrazują nam wydarzenia, które miały miejsce w czasie II Wojny Światowej. Stanowią one nieodłączny element naszego życia i jednocześnie pozwalają młodym ludziom na poznanie piekła, które zostało zgotowane człowiekowi przez drugiego człowieka. Ciężko się o tym wszystkim czyta, gdy bierzemy na tapetę publikację stworzoną przez historyka i mamy do czynienia z suchymi faktami, znacznie gorzej jest w sytuacji, gdy zapoznajemy się ze wspomnieniami mężczyzny, który zmuszony był do egzystowania w warunkach, których nie życzylibyśmy nawet najgorszemu wrogowi. Myślałam o tym ilekroć zabierałam się za czytanie tej pozycji literackiej i jestem niemalże pewna, że jeszcze nieraz będę miałam okazję aby zagłębić się w jej lekturze.

"Ocalały" to wzruszająca i pełna napięcia opowieść o człowieku, który na własnej skórze odczuł znaczenie pojęcia Holocaust. Nie chciałabym oceniać jakości tej książki, ponieważ nie powinno się spoglądać na czyjeś wspomnienia przez pryzmat ustalonej nieco wcześniej skali. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z historią Sama Pivnika i mam nadzieję, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z tego typu literaturą. Omawianą w dniu dzisiejszym lekturę polecam wszystkim tym, którzy do tej pory nie mieli do czynienia z podobną publikacją. Gwarantuję, że nie pożałujecie czasu spędzonego w towarzystwie tej pozycji literackiej i będziecie zmuszeni do rozważnego jej dawkowania. Oczywiście każdy z nas jest inny, a o gustach nie powinno się dyskutować. Dlatego właśnie pozostawiam Was z tymi rozważaniami i mam nadzieję, że trafi ona do jak największej grupy odbiorców. W moim odczuciu stanowi ona pewnego rodzaju wzór, choć oddałabym naprawdę wiele aby móc zapobiec wydarzeniom, które miały miejsce kilkadziesiąt lat wstecz. Strasznie jestem ciekawa Waszych opinii na temat "Ocalałego". Czy wywoła w Was równie silne emocje?

Wyd. Prószyński i S-ka, marzec 2013
ISBN: 978-83-7839-472-3
Liczba stron: 312
Ocena: 10/10

sobota, 6 kwietnia 2013

Jodi Picoult, Samantha van Leer - Z innej bajki

Z wielkim zniecierpliwieniem wypatruje momentów, gdy na stronie internetowej lubianego przeze mnie wydawcy, ukazuje się informacja o zbliżającej się premierze książki Jodi Picoult. Amerykańska pisarka uzależniła mnie od siebie do tego stopnia, że nie jestem wstanie sięgnąć po utwory, które od wielu miesięcy oczekują na moment, w którym zdecyduje się na ich przeczytanie. Może to wydawać się dziwne, ale wszystko układa się w tym kierunku, aby pozostało mi coś na gorsze czasy, gdy potrzebna mi będzie wstrząsająca i pełna napięcia lektura. Dlatego właśnie skupiam się na świeżo wydawanych powieściach tej autorki i tym o to sposobem usłyszałam o historii, którą amerykańska pisarka stworzyła w duecie ze swoją córką. Czy współpraca wyszła im na dobre?

Delilah McPhee nigdy nie pogodziła się z odejściem ojca do zupełnie obcej kobiety. W chwili rozwodu rodziców dziewczyna miała niespełna dziesięć lat, a mimo to doskonale pamięta miesiące żałoby i smutku, które zagościły w jej domu tuż po jego wyprowadzce. Mijają dni i główna bohaterka przynosi z biblioteki książkę, która raz na zawsze odmienia jej dotychczasowe życie. Staje się ona najlepszą przyjaciółką dziewczyny i towarzyszy nastolatce w niemalże każdej czynności, którą zmuszona jest wykonywać w ciągu dnia. Tymczasem Delilah stara się pomóc bohaterowi ulubionej w przedostaniu się do realnego świata. Czy uda im się osiągnąć upragniony cel? Jak dalej potoczą się losy zamkniętej w sobie nastolatki i jej ukochanego?

Książki tworzone Jodi Picoult odnajdują swoje odzwierciedlenie w życiu tysięcy ludzi na całym świecie i chyba za to właśnie są one przez nas najbardziej lubiane. Amerykańska pisarka nie boi się podejmować kontrowersyjnych tematów i mam nadzieję, że jeszcze nie raz nas tym zaskoczy. Tymczasem mamy do czynienia z utworem skierowanym do nieco młodszych czytelników i to właśnie z nim miałam o wiele więcej problemów, niż ze zrozumieniem życia osób, którym dane było egzystować w zupełnie innej kulturze. Myślę, że spotkanie z lekturą tej powieści powinno okazać miłym doświadczeniem dla Moli Książkowych w różnym wieku. Obawiam się nieco wyjawienia Wam zbyt dużej ilości faktów, które mogłoby zaważyć na niekorzyść tej książki. W końcu żaden czytelnik nie ma ochoty na obcowanie z lekturą, która została mu już w pełni opowiedziana. Samantha van Leer wpadła na naprawdę ciekawy pomysł i jestem strasznie ciekawa jej dalszych poczynań w zakresie literatury. "Z innej bajki" jest bowiem powieścią, która została poprowadzona przez autorki wielotorowo i mimo kilku niedogodności, czyta się ją z nieukrywaną fascynacją i przyjemnością.

Nie jestem w stanie jednoznacznie określić, czy całość tej historii wywarła na mnie pozytywne wrażenie, czy też pozostawiłabym ją sobie do ponownej analizy. Mam wrażenie, że którejś z kolei spotkanie z jej lekturą tej powieści sprawi, że odkryję w niej wszystko to co najlepsze i wtedy już nie będę miała co do niej żadnych wątpliwości. Ciekawym przedsięwzięciem było również przybliżenie czytelnikom pierwowzoru historii Olivera. Przeplatały się one wraz z pozostałymi wątkami tej powieści i muszę przyznać, że zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jedyne co mi się na swój sposób nie podobało w tym utworze to zachowanie głównej bohaterki. Mam wrażenie, że wielu autorów bazuje ustalonym niegdyś stereotypie nastolatki i to właśnie na nim bazują w trakcie tworzenia swoich dzieł. Irytuje mnie to za każdym razem, gdy mam do czynienia z literaturą młodzieżową i właśnie wtedy zadaję sobie pytanie, czy nie warto byłoby oddać nas w ręce zupełnie innej dziewczyny? Jestem niemalże pewna, że sprawiłoby to wielką radość sporej grupie czytelników i niewątpliwie wpłynęłoby to na ogromny plus dla potencjalnej pozycji literackiej. Nie da się ukryć, że dużo bardziej cenię sobie Jodi Picoult jako autorkę nieco bardziej życiowych powieści, jednak i w tym przypadku zostałam mile zaskoczona i byłabym nawet skłonna na kolejne spotkanie z twórczością tej dwójki.

Wyd.Prószyński i S-ka, kwiecień 2013
ISBN: 978-83-7839-497-6
Liczba stron: 312
Ocena: 6/10

sobota, 23 marca 2013

Lucy Ferriss - Utracona córka

Istnieje wiele słów, którymi mogłabym opisać fabułę tej książki. Miałam nadzieję, że w towarzystwie tej pozycji literackiej przeżyje pełne napięcia chwilę i będzie mi dane uronić łzę wzruszenia, która stanowiłaby idealnie zakończenie tej niezwykłej przygody. Przygotowywałam się do tego momentu przez wiele dni i choć miałam na głowie kilka innych książek, to nie mogłam się powstrzymać od ciągłego podczytywania historii Lucy Ferriss. Czy spotkanie okazało się dla mnie pomyślnym?

"Utracona córka" opowiada swoim czytelnikom historię Brooke O'Connor, którą niemalże od samego początku poznajemy jako spełnioną mężatkę, matkę cudownej córki i spełniającą się zawodowo kobietę. Wydawać by się mogło, że do pełni szczęścia brakuje im już tylko kolejnego członka rodziny, który pozwoli im nawiązać ze sobą jeszcze bliższe relacje. Główna bohaterka nie czuje potrzeby, aby ponownie zostać mamą i robi wszystko co w jej mocy by temu zapobiec. W tym samym czasie w życiu Booke pojawia się tajemniczy mężczyzna, który odegrał w życiu kobiety niezwykle istotną rolę. Miała ona nadzieję, że już nigdy w życiu nie spotka na swojej drodze Alexa i uda jej się wreszcie zapanować nad demonami ciemności, które zbliżają się do niej z prędkością światła. Czy bohaterka będzie w stanie wygrać pojedynek z niezbyt przyjemną przeszłością? Czy będzie w stanie uchronić swoich najbliższych przed rozpadem ich prywatnego raju?

Lucy Ferriss stworzyła powieść, która wywołała we mnie wiele sprzecznych emocji. Z jednej strony porusza ona wiele ważnych i zarazem trudnych tematów, które dane nam jest obserwować na co dzień i które nie pozostają nam obojętne. Bardzo się cieszę, że miałam okazję spotykać się z tym utworem i spędziłam w jego towarzystwie kilka godzin. Niestety nie zawsze bywało idealnie, a kilkukrotnie zastanawiałam się nawet nad sensem czytania tego utworu. Z całą pewnością okazał się on niezwykle pouczający i będę do niego wracać jeszcze nie raz. Obawiam się jednak, że w całości tej pozycji literackiej brakowało mi łez wzruszenia i niemocy, które to pojawiłyby się w trakcie poznawania historii Booke i jej najbliższych. Mniej więcej w połowie książki wszystkie uczucia zostały przeze mnie zniwelowane do minimum i tak pozostało już do samego końca. Muszę przyznać, że jest mi strasznie przykro z tego powodu i wielka szkoda, że "Utracona córka" nie została pod tym względem dopracowana. Oczywiście rozumiem, iż każdy ma własne wyobrażenie o tworzonej przez siebie książce, a mi jako czytelniczce o wiele łatwiej jest ją oceniać i wskazywać mankamenty, które z całą pewnością wpływają na jej niekorzyść i tworzą wokół niej niezbyt przyjemną otoczkę.

Nie oznacza to oczywiście, że całość tego utworu nie jest godna uwagi i należałoby ją omijać szerokim łukiem. "Utracona córka" jest bowiem powieścią z którą należałoby się zapoznać, aby w pełni docenić wszystko to co otrzymujemy od losu. Niejednokrotnie wydaje się nam, że życie jest niesprawiedliwe i co rusz skazuje nam na cierpienie, a tymczasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że inni mają znacznie gorzej oddać i jakoś muszą sobie z tym radzić. Lucy Ferriss miała naprawdę fajny pomysł na napisanie tej książki i mam nadzieję, że dane mi będzie zapoznać się z innymi tworami amerykańskiej pisarki. Być może okażą się one bardziej emocjonujące? Z niecierpliwością będę więc wypatrywać kolejnych premier, a nóż widelec moje marzenia zostaną spełnione i wtedy nic mnie już nie powstrzyma od wystawienia jej maksymalnej liczby punktów. Chciałabym pogratulować autorce całkiem ciekawej kreacji bohaterów, którzy stanowili dla mnie intrygującą mieszankę charakterów. Być może nie wszyscy przypadli mi do gustu, jednak jestem w stanie docenić trud, który włożyła p. Ferriss, aby powołać ich do życia. Jeśli zdecydujecie się na sięgnięcie po ten utwór to wiedzcie, że jestem bardzo ciekawa waszych opinii na jego temat. Jestem pewna, że wiele osób odnajdzie w niej to co jest dla nich najważniejsze w literaturze, ale znajdą się również i tacy czytelnicy, którzy podejdą do oceny tej książki nieco bardziej rygorystycznie.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, luty 2013
ISBN: 978-83-7839-456-3
Liczba stron: 520
Ocena: 6/10

poniedziałek, 4 marca 2013

Ka Hancock - Tańcząc na rozbitym szkle

Książki o nie banalnym pomyśle na ich napisanie sprawiają, że czuję się wobec nich bezsilna i nie jestem w stanie przejść obok niej obojętnie. Nie ma tym niczego złego, ponieważ entuzjastyczne reakcje bywają w tego typu przypadkach jak najmilej widziane i naprawdę szkoda by było, gdybyśmy złapali rybkę na haczyk i nie moglibyśmy jej skosztować. Czasami zdarza się również, że do moich rączek trafi utwór, który wydaje się bliski mojemu sercu ze względu na występowanie w nim osób niepełnosprawnych, lub cierpiących na inne obciążenia genetycznie. Muszę przyznać, że wtedy jestem w swoim żywiole i nikt nie będzie w stanie mi wytłumaczyć, że w chwili obecnej czeka na mnie nauka do egzaminu. Wolumin staje się bowiem wtedy najważniejszy.

Lucy Houston to na pozór zwyczajna kobieta, którą ani myśli o trwałym związku z osobnikiem płci przeciwnej. Zdaje sobie sprawę z tego, że choroba genetyczna, którą jest obciążona i która doprowadziła do śmierci wielu kobiet w jej rodzinie, może zaprzepaścić jej marzenia o happy endzie i przyczyni się do cierpienia innych. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się jednak tajemniczy mężczyzna, który obarczony jest chorobą afektywną dwubiegunową, która niekiedy uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie. Dla Lucy i Mickeya wydaje się to nie mieć większego znaczenia i po jakimś czasie decydują się na zalegalizowanie swojego związku. Czy uda im się przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu? Czy poradzą sobie oni w opiece nad dzieckiem, którego ze względu na swojego przypadłości nie planowali? Jak dalej potoczy się ich życie?

"Tańcząc na rozbitym szkle" to wzruszająca i pełna ciepła opowieść o ludziach, którzy mimo swoich niedoskonałości i pojawiających się na każdym kroku obaw, zdecydowali się na walkę o własne szczęście. Jest to niezwykle ważne w naszych życiu i nie widzę powodu, dla którego osoby obciążone jakimikolwiek chorobami, miałyby z tego rezygnować. Zapewne wiele osób myśli nieco inaczej i po części jestem w stanie zrozumieć ich tok rozumowania, jednak nie widzę powodu, dla którego miałabym stać się świadkiem otwartego sprzeciwu i okrzyków pełnych niezadowolenia. Myślę, że powinniśmy nieco przystopować i okazać nić zrozumienia osobom, które i bez tego są już obciążone przez los i niekiedy jest im naprawdę trudno. Nie oznacza to oczywiście, że ci ludzie nie potrafią kochać i nie chcieliby doświadczyć tego orzeźwiającego uczucia. Rozchodzi się tu raczej o odpowiedzialność i obawę, że w przyszłości staną się dla kogoś niewygodnym ciężarem. Może nam się to wydawać nieco absurdalne, jednak z punktu widzenia osób niepełnosprawnych jest to czymś normalnym i bardzo trudnym w zaplanowaniu jakiejkolwiek zmiany. Nie da się ukryć, że byłam pełna podziwu dla Lucy i Mickeya i ich poświęcenia dla swojego związku. Jestem pewna, że nie zawsze bywało im łatwo i choć zdarzały im się chwilę zwątpienia, to wspólnymi siłami udawało im się dojść do porozumienia. Ile zdrowych par ma z tym ogromny problem? Dlaczego nie jesteśmy w stanie docenić szczęścia, które dane nam jest doświadczyć każdego dnia?

Brakuje mi słów, które w pełni oddałyby urok tej pozycji literackiej. Spędziłam w jej towarzystwie naprawdę miłe chwile i choć nie zawsze bywało szybko, lekko i przyjemnie, to jednak cieszę się, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Zostałam mile zaskoczona tą książkę i mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będę miała okazję do zapoznania się z kolejnymi publikacjami tej autorki. Jestem strasznie ciekawa, czy okażą się one równie imponujące, jak "Tańcząc na rozbity szkle", a wszystko właśnie na to wskazuje. Ka Hancock dość mocno bazuje na swojej praktyce zawodowej i wydaje się to być strzałem w dziesiątkę. Pozwala jej to na całkowite oddanie się omawianym problemom i niewątpliwie posiada to swój nieodparty urok. Mam nadzieję, że po lekturę tej powieści sięgnie jak największa ilość czytelników, którzy będą w stanie odnaleźć w niej coś co skłoni ich do wielu przemyśleń. Amerykańska pisarka posługuje się naprawdę fajnym językiem, który jeszcze bardziej zachęca nas do poznawania kolejnych wydarzeń z życia Lucy i Mickeya, więc jest to jakiś początek w drodze ku doskonałości i niezapomnianych wrażeń. Oczywiście nie muszą one odpowiadać każdemu, więc jeśli czujecie, że nie jest to powieść dla Was, to nie ma najmniejszego sensu, abyście robili coś wbrew sobie. Nie wyjdzie to bowiem z korzyścią ani dla was, ani dla samej powieści, która w moim mniemaniu posiada spory potencjał i niezapomniane emocje.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, luty 2013
ISBN: 978-83-7839-446-4
Liczba stron: 608 (?)
Ocena: 8/10

piątek, 1 marca 2013

Diane Chamberlain - Sekretne życie CeeCee Wilkes

Uwielbiam twórczość Diane Chamberlain i sięgam po napisane przez nią książki bez wcześniejszego zastanowienia się, czy przypadną mi one do gustu. Kojarzy mi się ona bowiem z moją ulubioną autorką, którą bez wątpienia jest Jodi Picoult i wiem, że całe nasze spotkanie, przebiegnie bez większych zakłóceń. Od małego uwielbiałam tego typu historie, ponieważ wyobrażałam sobie, że moją przydarzyć się każdemu z nas. Być może moje myślenie było trochę na wyrost, ale cieszę się, że młodzieńcze zamiłowanie do tych utworów pozostało mym sercu i nikt nie jest w stanie tego zmienić. 

CeeCee Wilkes nie może sobie poradzić ze stratą ukochanej matki. Mimo, że od chwili jej odejścia minęły już cztery lata, to dziewczyna nadal rozpamiętuje cierpienie, którego doznała i w dalszym ciągu rozmyśla o tym, jakby to było gdyby jej rodzicielka nigdy nie zachorowała na raka piersi. Główna bohaterka zmuszona była do ciągłych przeprowadzek, aż w końcu trafiła do wynajętego wraz przyjaciółką pokoju, który być może nie należał do najbardziej luksusowych, jednak dawał im poczucie niezależności i bezpieczeństwa. Niedługo potem w życiu CeeCee pojawia się nieco starszy od niej chłopak, który imponuje im zarówno zachowaniem, jak i zdobytą na studiach wiedzą. Na samym początku spotykają się jedynie w miejscu pracy głównej bohaterki, w którym do Tim regularnie się stołuje. Z biegiem czasu ich znajomość przeistacza się w coś więcej, a CeeCee zmuszona jest do podjęcia jednej niezwykle trudnej decyzji, od której będzie zależeć całe jej dotychczasowe życie. Czy nastolatka spełni prośbę ukochanego mężczyzny i uda się z nim do ukrytego w lesie domku? Na czym będzie polegać jej zadanie? Czy aby na pewno jest ono zgodne z obowiązującym na terenie USA prawem?

Muszę przyznać jestem mile zaskoczona fabułą tej książki. Być może nie należały ona do grona literatury wybitnej i moglibyśmy ją zastąpić kilkoma innymi powieściami, jednak uważam, że w sposób niezwykle idealny, spełniła moje najśmielsze oczekiwania. Jestem pełna podziwu dla odwagi CeeCee, która uporem maniaka walczyła o spełnienie swoich najskrytszych marzeń. Nie uchroniło jej to od podejmowania niewłaściwych decyzji i to właśnie one sprawiły, że stała się świadkiem wydarzeń, o których chciałaby jak najszybciej zapomnieć. Jestem bardzo zadowolona z pracy, którą Diane Chamberlain włożyła w stworzenie tej pozycji literackiej. Mam nadzieję, że na polskim rynku wydawniczym, nigdy nie zabraknie powieści, które będą w stanie wywołać we mnie aż tyle emocji i niezapomnianych wrażeń. Amerykańska pisarka udowodniła, że nie brakuje jej smykałki do napisania fantastycznej historii o bezgranicznej miłości i poświęceniu się dla drugiego człowieka. Jest to niezwykle ważne w dzisiejszych czasach, choć trzeba również bardzo uważać, aby bliskie naszemu sercu osoby, nie wykorzystały ich przeciw nam samym.

"Sekretne życie CeeCee Wilkes" chciałabym polecić fanom twórczości Jodi Picoult, ale i również miłośnikom literatury obyczajowej. Myślę, że spotkanie z tym utworem, okaże się dla Was niezapomnianą przygodą i na dłuższy czas zagości w głowach tysięcy Moli Książkowych na całym świecie. Być może w całości tej powieści, nie działo się zbyt wiele, a sama autorka postawiła raczej na precyzje, która niewątpliwie pomogła jej w odniesieniu się do omawianego na forum problemu. Dzięki tej książce dowiadujemy się, jak ważna jest wczesna diagnoza i regularne uczestniczenia w badaniach zlecanych nam przez lekarzy. Jesteśmy również świadkami sytuacji, w której miłość bierze rozsądek nad zdroworozsądkowym myśleniem, a ta z kolei prowadzi do wydarzeń, których za wszelką cenę chcielibyśmy uniknąć. W tym miejscu nie mogłabym również nie wspomnieć o wyrokach sądowych, które bardzo często bywają niesprawiedliwe i krzywdzą ludzi, którzy im podlegają, ale i nie tylko. Czy zawsze jesteśmy w stanie nad nimi zapanować? Jak zachowalibyśmy się na miejscu głównej bohaterki? Czy mielibyśmy jakiekolwiek szansę na podjęcie właściwych decyzji?

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, luty 2013
ISBN: 978-83-7839-442-6
Liczba stron: 544
Ocena: 7/10

niedziela, 3 lutego 2013

Georgia Bockoven - Rok, który wszystko zmienił

Gdy moja przygoda z siostrami Sucharskimi dobiegła końca, postanowiłam zabrać się za czytanie powieści, które od jakiegoś czasu znajdują się na moich półkach. W moim odczuciu był to plan niezwykle szlachetny, jednak nie do końca prosty w realizacji. Nie mogłam się powstrzymać i sięgnęłam po powieść, której opis skutecznie mnie do tego zachęcił. Od pierwszej chwili skojarzył mi się on ze wspomnianymi wyżej Nataliami i choć wiedziałam, że nowo poznane bohaterki będą zupełnie od nich innego, to i tak byłam podekscytowana i czym prędzej, zabrałam się za czytanie tej powieści. 

"Rok, który wszystko zmienił" przedstawia swoim czytelnikom historię osiemdziesięcioletniego mężczyzny, który będąc u schyłku swojego długoletniego życia, postanowił spotkać się z córkami, które przyszło mu niegdyś porzucić. Każda z nich jest inna i pochodzi z innego zakątka Ameryki. Jessie Reed poczynił wszelkich starań, aby tego samego dnia i o tej samej godzinie, pojawiły się u niego cztery kobiety: Elizabeth (48l.), Rachel (36l.), Ginger (36l.) i Christina (23l.). Żadna z nich  nie wiedziała wcześniej o istnieniu pozostałych trzech sióstr i gdy po raz pierwszy spotkały się w cenionej przez swojego ojca kancelarii adwokackiej, dochodzi między nimi do niemałej kłótni. Dość trudno jest im się przyzwyczaić do zaistniałej sytuacji i choć łączą je więzy krwi, pałają do siebie wyraźną wrogością. Czy kiedykolwiek będę w stanie rozmawiać ze sobą, jak z równymi sobie? Jakie niespodzianki kryje w sobie mężczyzna, którego żadna z nich tak naprawdę nie znała? Czy historia wysłuchana przez nie w przeciągu kolejnych kilku miesięcy sprawi, że zmienią one swojego nastawienie do całej sytuacji? A może zależy im tylko na spadku? 

czwartek, 24 stycznia 2013

Stosik 02/2013

Aby zatuszować nieco mniej entuzjastyczny wydźwięk dzisiejszego dnia, którym było uniemożliwienie komentowania tego bloga osobom anonimowym, postanowiłam przedstawić Wam stosik, który pojawił się na moich półkach w ciągu ostatnich kilku dni. Na swój sposób jestem z niego dumna i mam nadzieję, że uda mi się go pochłonąć w trakcie zbliżających się wielkimi krokami, ferii. Na samą myśl o tym nic nierobieniu - cieszy mi się micha!



Wybaczcie, ale tym razem nie opiszę tego stosiku. Jestem w trakcie pisania pracy zaliczeniowej i nie mam do tego natchnienia. Myślę, że po powiększeniu zdjęcia, dokładnie wszystko widać. "Drugi przekręt Natalii" mam już za sobą, "Przez burzę ognia" została mi sama końcówka i recenzja pojawi się w weekend. Dwa pierwsze tomy "Pas Deltory" zabieram jutro na uczelnie i zapewne zostaną przeze mnie przeczytane w trakcie trzygodzinnych zajęć. W następnej kolejności kości mnie "Cyrk nocy", ale zdaję sobie sprawę, że czekają na mnie również książki z poprzedniego stosiku. Będzie trudny wybór. A jak wyglądają Wasze czytelnicze plany na zbliżający się weekend?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Obserwatorzy